Krata magazynu idzie w górę o piątej pięćdziesiąt osiem, a ja jestem w niej od jedenastu lat.
Nazywam się Renata Woźniak, mam pięćdziesiąt trzy lata i prowadzę mały sklep z farbami i chemią budowlaną na parterze wieżowca przy Broniewskiego na warszawskich Bielanach. Cały dzień odmierzam ludziom benę do gładzi i mieszam kolory w maszynie, która buczy jak stara lodówka.
Tego wtorku, drugiego września, było gorąco jak w lipcu. Wentylator na kontuarze przesuwał ciepłe powietrze z lewej strony na prawą i z powrotem, bez sensu.
O piętnastej czterdzieści telefon zawibrował na szklanej ladzie.
Numer stacjonarny. Warszawa. Nie znałam.
Miałam nie odebrać. Trzymałam w drugiej ręce puszkę z białą matową, którą pan Kazik czekał, żebym mu domieszała szarość na cokół.
Odebrałam.
— Pani Renatko?
Głos był cienki i za wysoki. Znałam ten głos, choć przez sekundę nie umiałam go dopasować do twarzy.
— Pani Renatko, tu Halinka. Z siódmego piętra. Ja... ja nie wiem, do kogo.
Halina Deren. Osiemdziesiąt jeden lat, mieszkanie osiemnaście, trzy klatki dalej niż moje. Kobieta, którą mijałam na klatce przez jedenaście lat i której mówiłam „dzień dobry, pani Halinko", a ona odpowiadała „dzień dobry, pani Renatko", i to było wszystko. Nigdy nie byłam u niej w domu. Nie wiedziałam nawet, skąd ma mój numer.
— Pani Halinko, co się stało?
Cisza. Za długa o dwie sekundy.
— Nie czuję nogi. I ręki. Leżę przy łóżku. Upadłam rano i... i leżę.
— Nie czuję nogi. I ręki. Leżę przy łóżku.
Odstawiłam puszkę na ladę tak, że aż zabrzęczała. Pan Kazik spojrzał na mnie znad półki z pędzlami.
— Rano? Pani Halinko, która jest teraz godzina, wie pani?
— Nie wiem, kochana. Zasłony mam zaciągnięte. Chyba... chyba już popołudnie.
Rano. Leżała od rana. A była za dwadzieścia czwarta po południu.
Coś we mnie się przestawiło jak zwrotnica. Przestałam być kobietą, która mieszała farbę.
— Pani Halinko, niech pani do mnie mówi cały czas, dobrze? Ja już idę. Niech pani nie próbuje wstawać. Słyszy mnie pani?
— Słyszę, kochana. Ja mam skąd wiedzieć, że pani dobra. Widzę, jak pani zawsze zamiata przed sklepem, i jak pani tej pani z laską zawsze drzwi otwiera.
Z tyłu głowy przemknęła mi jedna rzecz: skąd ona ma mój numer. Ale to była nie ta chwila.
— Panie Kaziku, niech pan pilnuje sklepu, zaraz wracam! — rzuciłam i już byłam za ladą.
Wyszłam na słońce i telefon przy uchu, a serce waliło mi tak, że słyszałam je w gardle. Klucze do domu miałam w kieszeni fartucha. Fartuch był w farbie.
— Pani Renatko, pani jest? — głos Haliny robił się coraz cichszy.
— Jestem, jestem. Idę przez podwórko. Panią wożą do laryngologa na Wólczyńską, prawda? Pamiętam, jak pani mi opowiadała.
Mówiłam byle co, żeby ona mówiła do mnie. Bo dopóki mówiła, wiedziałam, że oddycha.
Dzwoniłam na sto dwanaście z drugiego telefonu, tego prywatnego, idąc. Trzymałam dwa aparaty, jeden przy każdym uchu, jak wariatka biegnąca przez plac zabaw, na którym matki odsuwały wózki.
— Numer alarmowy, w czym mogę pomóc?
— Starsza kobieta, osiemdziesiąt jeden lat, leży na podłodze od rana, nie czuje nogi i ręki po jednej stronie, mówi bełkotliwie chwilami. Broniewskiego, wieżowiec, klatka trzecia, siódme piętro, mieszkanie osiemnaście.
Po drugiej stronie kobieta zaczęła zadawać pytania, spokojnie, po kolei. Ja odpowiadałam i szłam, a w drugim uchu Halina mówiła:
— Ja panią zawsze widziałam, wie pani. Że pani sama. Że światło się pali u pani do późna.
Stanęłam przed swoją klatką i wtedy zrozumiałam.
Mój numer. Jej numer. Skąd.
Bo dwa lata temu, kiedy w bloku było zebranie wspólnoty, rozdałam sąsiadom karteczki ze swoim numerem — „w razie czego, gdyby ktoś potrzebował coś kupić, przyniosę ze sklepu". Rozdałam trzydzieści karteczek. Nikt nigdy nie zadzwonił.
Dwa lata. Ta jedna karteczka leżała u niej przy telefonie dwa lata.
— Pani Renatko, ja tę karteczkę pani mam pod szkłem na stoliku — powiedziała Halina, jakby czytała mi w głowie. — Zawsze myślałam, że kiedyś zadzwonię i coś kupię. Żeby był powód pogadać.
Wjechałam windą na siódme. Winda jechała wolno, tak wolno, jak nigdy w życiu.
Drzwi mieszkania osiemnaście były zamknięte na klucz.
— Pani Halinko, drzwi ma pani zamknięte. Gdzie klucz?
— W drzwiach od środka, kochana. Ja zawsze zamykam od środka na noc i... i rano nie zdążyłam otworzyć.
Od środka. Pukałam, waliłam pięścią, wołałam. Zza drzwi doszedł mnie jej głos, ale już nie z telefonu — na żywo, cichy, tuż za progiem.
— Karetka jedzie, pani Halinko! Zaraz będą! Niech pani do mnie mówi!
I wtedy jej głos w telefonie się urwał. Nie rozłączyła się. Po prostu przestał wychodzić.
— Pani Halinko? Pani Halinko!
Stałam pod tymi drzwiami z dwoma telefonami przy uszach, w fartuchu w białej farbie, i pierwszy raz od jedenastu lat nie wiedziałam, czy kobieta, której codziennie mówiłam „dzień dobry", jeszcze mnie słyszy.
A klucz był po drugiej stronie. W zamku. Trzy centymetry ode mnie i całe życie dalej.
