Notariusz nazywał się pan mecenas Wróblewski i miał kancelarię na Świdnickiej, na drugim piętrze kamienicy z windą, która skrzypiała jak stary bal.
— Wszystko jest w porządku, pani Halino — powiedział, przesuwając w moją stronę dokumenty. — Akt własności przygotowany. Może pani wprowadzić się choćby jutro.
Własność. Moja własność.
Dwa tygodnie temu kupiłam mieszkanie. Dwa pokoje z kuchnią na Klecinie, z balkonem na południe, z widokiem na park. Sto dwadzieścia dwa tysiące, zapłacone gotówką, tą samą, którą wszyscy myśleli, że dawno oddałam synowi.
Zostało mi jeszcze pięćdziesiąt osiem tysięcy na koncie i emerytura po Tadeuszu.
Człowiek, który trzydzieści osiem lat pilnował cudzych pieniędzy, swoich nie roztrwoni.
— Pani Halino — mecenas zawahał się. — Wolno spytać, co pani zamierza powiedzieć rodzinie?
Uśmiechnęłam się.
— Prawdę, panie mecenasie. Tylko prawdę. Ale w odpowiedniej kolejności.
—
Obiad zaplanowałam na następną niedzielę.
Tym razem to ja zadzwoniłam. Do Krzysztofa, do Marty, do szwagierki Danuty, siostry Tadeusza, która przez trzy lata ani razu nie zapytała, jak się czuję, ale za to co miesiąc dzwoniła do Krzysztofa i wypytywała o „sprawy majątkowe”.
— Chcę, żebyśmy wszyscy usiedli razem — powiedziałam. — Mam coś do omówienia. W sprawie mojej przeprowadzki.
W słuchawce zapadła cisza, a potem głos Marty, o oktawę wyższy niż zwykle:
— No wreszcie, Halina! Tak się cieszę, że to przemyślałaś. Wiedziałam, że jesteś rozsądna.
Rozsądna. Do mnie. O mojej przeprowadzce, o której nic nie wie.
— Ugotujesz swój schabowy? — dodała. — Kacper tak lubi.
— Nie, Marta — powiedziałam spokojnie. — Tym razem zamówię catering. Ja już się w tej kuchni napracowałam.
Odłożyła słuchawkę, zanim zdążyła się zorientować, co właśnie usłyszała.
—
W niedzielę przyszli wszyscy.
Danuta w nowej apaszce, z tą swoją miną osoby, która przyszła zainkasować należność. Krzysztof niepewny, coś wyczuwał, syn zawsze wyczuwał więcej niż synowa. Marta rozpromieniona, już w myślach urządzała pokój Kacpra.
Stół nakryty cateringiem z restauracji — pieczeń, sałatki, sos. Marta zerkała na to spod oka. Nie umiała ukryć, że jej to nie pasuje. Że coś się w scenariuszu przesunęło.
Rano, zanim przyszli, zrobiłam jedną rzecz, której nie robiłam od pogrzebu Tadeusza.
Włożyłam granatową sukienkę, którą kupił mi na naszą ostatnią wspólną rocznicę. Spięłam włosy. Umalowałam usta.
Nie chciałam wyglądać jak ktoś, kogo prosi się, żeby się wyprowadził.
Chciałam wyglądać jak ktoś, kto sam podejmuje decyzje.
—
Gdy zjedliśmy, Danuta odchrząknęła i zaczęła, tak jak się spodziewałam, od pieniędzy.
— No to, Halinko, skoro już się zebraliśmy. Mówiłaś o przeprowadzce. Krzysiu, wy chyba znaleźliście mamie coś odpowiedniego? Bo trzeba to wszystko ładnie poukładać. Halina jest w takim wieku, że sama by się pogubiła.
Pogubiła.
Patrzyłam na nią przez chwilę. Potem wstałam, poszłam do pokoju gościnnego i wróciłam z teczką.
Ciemnobrązową, skórzaną, z mosiężnym zapięciem.
Położyłam ją na środku stołu, między pieczenią a sosjerką.
— Co to jest? — zapytała Marta.
— To — powiedziałam, rozpinając zapięcie z tym cichym kliknięciem — są moje rachunki. Te, których podobno nie ogarniam.
Wyjęłam pierwszy papier.
— Akt notarialny. Mieszkanie na Klecinie, dwa pokoje, kupione dwa tygodnie temu. Gotówką.
Danuta zamarła z widelcem w połowie drogi do ust.
— Drugi papier — ciągnęłam, kładąc go obok. — Wyciąg z konta. Pięćdziesiąt osiem tysięcy. Po zakupie mieszkania.
Krzysztof zbladł.
— Mamo... — zaczął. — Ty... to znaczy... pieniądze ze sprzedaży Gaju...
— Nigdy ci ich nie oddałam, synku — powiedziałam łagodnie. — Wy tak założyliście. A ja nie prostowałam. Bo chciałam zobaczyć, jak będziecie mnie traktować, kiedy myślicie, że nic nie mam.
Cisza.
Taka cisza, w której słychać, jak lodówka w kuchni klika, jak Kacper w drugim pokoju rozmawia z klockami.
— No i zobaczyłam — dodałam.
—
Danuta pierwsza odzyskała głos.
— No ale... Halinko... skoro masz mieszkanie, to przecież nie musisz się spieszyć. Zostań, ile chcesz. Rodzina to rodzina.
Wspólnik zawsze pęka pierwszy. Trzydzieści osiem lat w księgowości nauczyło mnie i tego.
— Danuto — powiedziałam. — Przez trzy lata ani razu nie zapytałaś, jak się czuję po śmierci twojego brata. Pytałaś tylko o „sprawy majątkowe”. Teraz wiesz, jak stoją. To już wszystko, co masz do powiedzenia?
Apaszka Danuty jakoś zwiotczała na jej szyi.
Otworzyła usta. Zamknęła. Sięgnęła po szklankę z kompotem i trzymała ją obiema dłońmi, jakby się grzała, chociaż w pokoju było ciepło.
A Krzysztof patrzył na teczkę tak, jakby dopiero teraz zobaczył, że jego matka to ktoś więcej niż kucharka i opiekunka do dziecka.
— Mamo, ja... — wykrztusił. — Ja nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało. To Marta...
— Nie zwalaj na mnie! — Marta odsunęła krzesło, aż stuknęło o ścianę.
I wtedy, po raz pierwszy tego dnia, mój syn spojrzał żonie prosto w twarz i nie odwrócił wzroku.
Ale to była już inna scena.
A moja jeszcze się nie skończyła.
Bo w teczce był jeszcze trzeci papier. Ten, którego nie pokazałam.
I ten dotyczył nie mnie.
Tylko Kacpra.
—
Nie spodziewali się, że to jeszcze nie koniec.
— To są moje rachunki. Te, których podobno nie ogarniam.
Położyłam teczkę na środku stołu, między pieczenią a sosjerką, i rozpięłam mosiężne zapięcie.
*[Część 3 — finał →](czytaj-dalej)*
