W sobotę wstałam o piątej.
Zenon spał, a może udawał, że śpi. Zjadłam kromkę na stojąco, sprawdziłam olej i płyn do spryskiwaczy — pan Bogdan powiedział, że przed daleką trasą to obowiązek. Wsiadłam do naszej srebrnej Fabii, ustawiłam fotel, lusterka. Ręce miałam spokojne.
Uruchomiłam silnik.
I wtedy usłyszałam, jak otwierają się drzwi klatki. Zenon wyszedł w piżamie i kapciach, boso prawie, z termosem w ręce. Podszedł do auta i zapukał w szybę.
Opuściłam ją.
— Kawa — powiedział, podając termos. — Zieloną herbatę zaparzyłem, tę bez cukru, jak lubisz. Na drogę.
Wzięłam termos. Był ciepły.
— I, Wiesiu... — Zawahał się. Kręcił palcami przy klamce, nie miał już kluczyków, więc kręcił klamką. — Jak dojedziesz, zadzwoń. Żebym wiedział.
— Zadzwonię.
Stał na chodniku, kiedy wyjeżdżałam z osiedla. Widziałam go w lusterku — mały, w piżamie, coraz mniejszy. Nie machał. Po prostu stał i patrzył, jak jego żona odjeżdża sama, pierwszy raz od dwunastu lat.
—
Trasa numer sześćdziesiąt, potem na Słupsk.
Przez pierwsze pół godziny trzymałam kierownicę tak mocno, że zbielały mi kostki. Ale za Grójcem coś się we mnie rozluźniło. Włączyłam radio. Leciała stara piosenka, którą tańczyliśmy z Zenonem na weselu. Nie wyłączyłam.
Zatrzymałam się dwa razy — raz na stacji na kawę z termosu i toaletę, raz na parkingu leśnym, żeby po prostu postać i posłuchać, jak cicho jest, kiedy nikt nad tobą nie stoi i nie mówi, gdzie masz skręcić.
Do Ustki dojechałam po południu.
Pensjonat „U Marioli" był mały i pachniał praniem suszonym na słońcu. Mariola, korpulentna kobieta w fartuchu, dała mi klucz i powiedziała, że molo to dwie ulice w dół.
Zadzwoniłam do Zenona.
— Dojechałam. Cała i zdrowa.
Usłyszałam, jak wypuszcza powietrze, jakby wstrzymywał je przez sto siedemdziesiąt kilometrów.
— To dobrze — powiedział. — To bardzo dobrze, Wiesiu.
—
Na molo poszłam pod wieczór.
Słońce schodziło nad wodą, deski skrzypiały pod stopami, mewy krzyczały. Doszłam na sam koniec, tam gdzie przed czterdziestoma laty staliśmy z Zenonem, młodzi, on w za dużej marynarce, ja w sukience w grochy. Wtedy obiecywał mi cały świat.
Świata nie było. Był Grochów, stołówka, srebrna Fabia i dwanaście lat „nie umiesz".
Ale było też to molo. I ja na jego końcu, sama, po tym jak dojechałam tu na własnych rękach.
Oparłam się o barierkę i długo patrzyłam na wodę. Nie płakałam. Po prostu stałam, czułam wiatr od morza na twarzy i termos ciążył mi w torbie, ten sam, ciepły od jego zielonej herbaty bez cukru.
—
Wróciłam w niedzielę wieczorem.
Zenon czekał w oknie. Widziałam jego sylwetkę, kiedy wjeżdżałam na parking i — pierwszy raz — sama zaparkowałam naszą Fabię tyłem, równiutko między liniami. Wyszedł na dół, otworzył mi bagażnik, wziął torbę.
Nigdy nie brał mi torby. Zawsze to ja nosiłam.
W kuchni czekała herbata i coś, czego nie było, kiedy wyjeżdżałam. Na parapecie, w małej doniczce, stał kabaczek — nie, nie kabaczek, sadzonka pomidora, taka jaką zawsze chciałam mieć, a on mówił, że po co, że się nie uda.
— Kupiłem na bazarze — powiedział, nie patrząc na mnie. — Pomyślałem, że jak będziesz chciała, to sama będziesz nią jeździła... to znaczy dbała. Że sama zdecydujesz.
Sama zdecydujesz. Trzy słowa, których nie usłyszałam przez dwanaście lat.
—
Usiadłam przy stole, w tej samej kuchni, przy tej samej ceracie w wisienki. Ale wszystko było inne.
Zenon nalał mi herbaty i usiadł naprzeciwko. Milczeliśmy chwilę.
— Jak było na molo? — zapytał w końcu.
— Cicho — powiedziałam. — Bardzo cicho.
Skinął głową, jakby rozumiał. A może naprawdę rozumiał, pierwszy raz.
Wyjęłam z torebki prawo jazdy — ten kartonik ze zdjęciem dziewczyny z osiemdziesiątego drugiego — i chciałam go schować z powrotem do szuflady z dokumentami, między książeczkę zdrowia a stary dowód. Tam, gdzie leżał dwanaście lat.
Ale zatrzymałam rękę.
Wstałam, podeszłam do korkowej tablicy przy lodówce, na której wisiały rachunki i numer do hydraulika, i przypięłam tam swoje prawo jazdy pinezką. Na samym środku. Żeby było widać.
Potem wzięłam z haczyka kluczyki od Fabii, te, którymi Zenon zawsze kręcił w palcach, i powiesiłam je na drugim haczyku, niżej, tam gdzie sięgam bez wspinania.
Na moim haczyku.
Zenon patrzył na mnie znad kubka i nic nie powiedział. Ale kiedy usiadłam z powrotem, przesunął w moją stronę talerzyk z drożdżówką, tą z serem, którą lubię, i której nigdy nie kupował, bo mówił, że tylko cukier.
Zjadłam ją do końca. Bez pośpiechu.
Za oknem robiło się ciemno, na parapecie sadzonka pomidora wyciągała się ku ostatniemu światłu, a na haczyku przy drzwiach, niżej niż zwykle, wisiały kluczyki, po które od jutra będę sięgać sama.
