— Jadę pochować matkę — powiedziała.
Głos miała spokojny, ale to był ten rodzaj spokoju, który przychodzi po wypłakaniu wszystkiego. Jak morze po sztormie, kiedy woda jest już płaska, ale wciąż mętna od piachu z dna.
— Umarła w niedzielę. Dziś jest pogrzeb. W Łodzi, na Dołach. O jedenastej.
Spojrzałam na walizkę między jej nogami.
— A walizka?
— Bo nie wracam. — Otarła wreszcie policzek wierzchem dłoni. — Sprzedałam mieszkanie w Kutnie. Mąż odszedł w zeszłym roku, mama chorowała, a ja przez ostatnie miesiące tylko jeździłam tam i z powrotem. Do niej. Ten pociąg to była moja codzienność. A teraz jadę nim ostatni raz.
—
Miała na imię Iwona.
Opowiedziała mi to na przestrzeni kilkunastu kilometrów torów, tak jak opowiada się rzeczy obcym — bez oglądania się, czy dobrze wypada.
Że matka trafiła do zakładu opiekuńczego na Dołach dwa lata temu, kiedy Iwona już nie dawała rady sama. Że jeździła do niej codziennie tym pociągiem o szóstej pięćdziesiąt dwie, żeby zdążyć przed swoją pracą — bo Iwona pracowała w Łodzi, w biurze rachunkowym, od ósmej. Wpadała do matki na czterdzieści minut, karmiła ją śniadaniem, i biegła.
— Ostatnio już mnie nie poznawała — powiedziała. — Ale zawsze się uśmiechała, kiedy wchodziłam. Jakby wiedziała, że przychodzi ktoś, kto ją lubi, tylko nie wiedziała już kto.
Książka z zakładką z pocztówki leżała jej na kolanach.
— Czytałam jej na głos. To była jej książka. Przez ostatnie miesiące już nie mogłam czytać sobie — słowa mi się rozjeżdżały. Ale nosiłam ją, bo pachniała mamą.
—
A ja słuchałam i coś we mnie zaczęło się układać w kształt, którego się nie spodziewałam.
— Zakład na Dołach — powiedziałam. — Ten przy Zagłoby?
Iwona podniosła głowę.
— Tak. Skąd pani wie?
— Mój mąż tam leżał. Ryszard. Trzy lata temu, przed śmiercią. Cztery miesiące.
Pociąg wjechał w łuk, koła zaśpiewały na szynach.
— Pani matka. Jak miała na imię?
— Halina.
I wtedy wiedziałam.
— Pani Halina spod okna. — Powiedziałam to cicho, bo nagle zabrakło mi powietrza. — Sala numer cztery. Łóżko przy oknie. Ryszard leżał obok niej, przy drzwiach.
Iwona patrzyła na mnie tak, jakby ziemia ruszyła się pod wagonem.
—
Bo ja też tam jeździłam codziennie. Trzy lata temu. Innym pociągiem, o innej porze, ale tą samą drogą, do tego samego budynku.
Cztery miesiące siedziałam przy łóżku Ryszarda, który już prawie nie mówił. A po drugiej stronie sali, przy oknie, leżała drobna kobieta, do której czasem nikt nie przychodził w tygodniu, tylko w soboty przyjeżdżała jakaś pani w pośpiechu, karmiła ją i biegła.
Pani Halina. Kiedy Ryszard miał gorsze dni i jęczał przez sen, ona — choć sama ledwo mówiła — wołała pielęgniarkę. Dwa razy tak zrobiła. Dwa razy ta obca, chora staruszka zawołała siostrę do mojego męża, bo słyszała, że coś jest nie tak, a ja akurat wyszłam po herbatę.
Nigdy jej za to nie podziękowałam. Nie zdążyłam. Ryszard umarł, a ja wyszłam z tego zakładu i nigdy tam nie wróciłam.
— Pani matka pilnowała mojego męża — powiedziałam Iwonie, i głos mi się załamał w połowie. — Wtedy, kiedy mnie przy nim nie było. Wołała siostrę, żeby do niego przyszła.
—
Iwona zaczęła płakać na nowo, ale to już były inne łzy.
— Ona zawsze taka była — wyszeptała. — Nawet chora. Nawet nie poznając nikogo, pilnowała, żeby nikomu koło niej nie działa się krzywda.
Siedziałyśmy obok siebie, dwie obce kobiety, które przez rok mijały się w milczeniu, a okazało się, że trzy lata temu siedziałyśmy w tej samej sali, po dwóch stronach tego samego umierania, i żadna nie wiedziała o drugiej.
Za oknem migały już przedmieścia Łodzi.
— Wysiadam za dwie stacje — powiedziała Iwona, i sięgnęła po rączkę walizki. Ten sam gest co na początku — obie ręce, jakby ktoś mógł jej zabrać. — Pogrzeb o jedenastej. Będę tam sama. Rodziny już nie ma.
Wstała.
I wtedy stało się we mnie coś, czego przez cztery lata jeżdżenia tam i z powrotem nie zrobiłam nigdy: nie zawróciłam na swoim peronie.
—
— Iwono — powiedziałam, i sama się zdziwiłam, że mówię jej po imieniu. — Ja dziś nie wracam do Kutna.
Zatrzymała się z ręką na walizce.
Pociąg zaczął zwalniać. Za szybą sunął napis: Łódź Kaliska.
Ciąg dalszy poniżej.
Powiedz uczciwie: gdyby los posadził cię naprzeciwko dowodu, że ktoś obcy zaopiekował się kimś twoim, kiedy ciebie nie było — zawróciłabyś na swoim peronie, czy pojechała dalej, choćby na cudzy pogrzeb?
