Wpuściłam ją do środka. Co miałam zrobić.
Usiadła przy kuchennym stole, przy tej wytartej ceracie, i długo nie mogła się odezwać. Postawiłam przed nią herbatę. Też jej nie tknęła. Widocznie taki to był dzień, że herbata w tym domu miała stygnąć.
— Michał umarł w kwietniu — powiedziała w końcu. — Serce. Miał czterdzieści cztery lata.
Czterdzieści cztery. Liczyłam w głowie. To znaczy, że w 1994, kiedy pisał o człowieku, którego podziwia, miał czternaście.
— Bardzo mi przykro — powiedziałam, i było to prawdziwe, choć czułam się dziwnie, mówiąc to o kimś, kogo pamiętałam jako dziecko.
— On o Pani opowiadał — Katarzyna uniosła głowę. Miała zaczerwienione oczy, ale nie płakała. Wypłakała się już wcześniej, to się widzi. — Przez cały czas, co go znałam. Dwadzieścia lat byliśmy razem. I nie było chyba roku, żeby przy jakiejś okazji nie powiedział: „bo pani Malinowska mi kiedyś napisała".
— Co napisałam?
— „Masz talent. Nie zmarnuj go." — Uśmiechnęła się przez łzy. — Mówił, że to było pierwszy raz w życiu, kiedy ktoś dorosły powiedział mu, że coś potrafi. Że w domu słyszał tylko, że jest do niczego, jak ojciec.
Odłożyłam łyżeczkę, którą bezwiednie kręciłam w swojej herbacie. Nie wzięłam jej już z powrotem.
— Skończył polonistykę — mówiła dalej Katarzyna. — Na Uniwersytecie Wrocławskim. Pierwszy z całej rodziny na studiach. A potem został nauczycielem. Uczył polskiego w podstawówce na Brochowie. Osiemnaście lat.
Siedziałam i słuchałam, i coś mi się w środku robiło — nie umiem tego nazwać inaczej niż: robiło mi się ciepło i zimno naraz.
— Był dobrym nauczycielem? — spytałam cicho.
— Dzieciaki go uwielbiały. — Katarzyna sięgnęła do torebki i wyjęła telefon. Pokazała mi zdjęcie. Mężczyzna w swetrze, otoczony wianuszkiem dzieciaków, wszyscy się śmieją. Nie poznałabym w nim tamtego chudego chłopca. — Na pogrzebie była cała szkoła. Rodzice, dzieci, byli uczniowie. Ludzie stali na dworze, bo się nie zmieścili w kaplicy.
Patrzyłam na to zdjęcie i myślałam: on robił to samo co ja. Stał przed tablicą i patrzył na zegar, kiedy dziecko podnosiło rękę.
— Pani Zofio — Katarzyna odłożyła telefon. — On robił jedną rzecz przez wszystkie te lata. Prowadził zeszyt.
— Zeszyt?
— Nie ten szkolny. Swój. Zaczął go, jak zaczął uczyć. Zapisywał w nim dzieciaki, którym coś powiedział. Które pochwalił. Notował, komu i co. Mówił, że nie chce, żeby któreś przeszło mu przez ręce niezauważone. Że każde dziecko musi choć raz usłyszeć, że coś potrafi.
Musiałam odwrócić głowę i popatrzeć w okno. Za oknem sąsiad Kruczek wychodził z psem, jak co rano.
— To przez Panią — powiedziała Katarzyna. — On sam tak mówił. Że robi to, bo Pani zrobiła to jemu.
—
Nie wiem, ile siedziałyśmy w milczeniu. Może minutę, może pięć.
— A ta koperta? — spytałam w końcu, wskazując na stół, gdzie wciąż leżała, zaklejona, nietknięta. — Kto ją napisał?
— Michał. — Katarzyna spojrzała na nią. — W zeszłym roku. Kiedy już wiedział, że z sercem jest źle. Lekarze mu mówili, że każdy rok to prezent. Napisał kilka takich listów. Do mnie. Do syna. I do Pani.
Do mnie.
— Chciałam Pani to przywieźć osobiście — mówiła. — Bo bałam się wysłać sam list. A potem, jak już spakowałam paczkę, to jednak wysłałam ją wcześniej, żeby Pani miała czas. Żeby to nie spadło na Panią wszystko naraz, w drzwiach, od obcej.
Spojrzała na mnie.
— Nie otworzyła Pani.
— Nie — przyznałam. — Bałam się.
— Czego?
I wtedy powiedziałam jej to, czego nie powiedziałam nawet Ali.
— Bo przez trzydzieści osiem lat nie byłam tylko dobra dla tych dzieci. Krzyczałam. Stawiałam dwóje. Byłam surowa, a czasem niesprawiedliwa. I bałam się, że w tej kopercie jest to, co mu zrobiłam złego. A nie to, co dobrego.
Katarzyna patrzyła na mnie długo.
— Pani Zofio — powiedziała. — Niech Pani ją otworzy. Ja poczekam. A jak Pani będzie chciała, żebym wyszła, to wyjdę.
Wzięłam kopertę. Palce mi drżały tak, że dwa razy nie mogłam podważyć zaklejonego brzegu.
W końcu się otworzyła.
Wyjęłam kartki. Były zapisane tym samym kulawym pismem, co adres. Ręka mu już musiała drżeć, kiedy to pisał.
Zaczęłam czytać pierwsze zdanie.
I dłoń, w której trzymałam kartkę, zaczęła mi opadać na kolana, bo nogi zrobiły mi się jak z waty.
