Wzięłam zeszyt do rąk. Papier był chropowaty, atrament miejscami wyblakły.
Data: dwudziesty ósmy grudnia dwa tysiące dwudziestego drugiego. Trzy miesiące przed jego śmiercią.
„28 grudnia 2022. Święta minęły. Bogumiła przyniosła mi opłatek, choć nie musiała, i kawałek makowca zawinięty w serwetkę. Nie mam nikogo. Ale gdyby ktoś mnie kiedyś zapytał, czy ktoś przy mnie był — powiem, że tak. Była pani salowa, która siadała, kiedy nie musiała. Ona jedna widziała, że ja tu jestem, a nie tylko że tu leżę."
Odłożyłam zeszyt na blat.
Nie płakałam. Dziwne, ale nie płakałam. Siedziałam tylko i czułam, jak coś, co nosiłam w sobie od pogrzebu w cztery osoby, od tamtej myśli, że dobro nie wraca — jak to coś powoli mnie opuszcza.
— On wiedział, że pani jedna go widziała — powiedział Wiktor. — Nie że go leczyła. Że go widziała.
Wiktor został u mnie do wieczora. Zjedliśmy razem jajecznicę, bo nic innego nie miałam, a on powiedział, że dawno nie jadł polskiej jajecznicy na maśle.
Pod koniec sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął kopertę.
— Pani Bogumiło. Ja sprzedałem dom w Kanadzie. Wróciłem na dobre. I chciałbym, żeby pani...
— Nie. — Położyłam dłoń na kopercie, zanim zdążył ją otworzyć. — Niech pan tego schowa.
— Ale pani przez piętnaście lat...
— Panie Wiktorze. — Popatrzyłam mu w oczy. — Ja nie siadałam przy pana ojcu za pieniądze. Gdyby pan mi teraz zapłacił, tobyśmy z tych piętnastu lat zrobili rachunek. A tam nie było rachunku. Niech pan tego nie robi ani jemu, ani mnie.
Wiktor patrzył na mnie długo. Potem schował kopertę z powrotem.
— To niech mi pani pozwoli chociaż na jedno — powiedział. — Grób ojca jest w tym rzędzie, gdzie chowają tych, po których nikt się nie zgłosił. Chcę mu postawić kamień. I chcę, żeby na tym kamieniu było napisane jedno zdanie. To pani wybierze jakie.
Na to się zgodziłam.
—
W niedzielę pojechaliśmy razem na cmentarz przy Wybickiego. Wiktor kupił doniczkę wrzosu, ja przyniosłam znicz.
Grób był taki, jakim go zapamiętałam — tabliczka, imię, dwie daty, nic więcej. Wiktor kucnął i długo nie mówił nic.
— Wybrała pani zdanie? — zapytał w końcu.
— Wybrałam.
„Był tu. Ktoś go widział."
Wiktor powtórzył to bezgłośnie, poruszając wargami. Potem skinął głową i wytarł twarz wierzchem dłoni.
—
Minął miesiąc.
Wiktor dzwoni w niedziele, tak samo jak Weronika. Czasem przyjeżdża, przywozi makowiec z cukierni na Starówce, bo pamięta, że jego ojciec lubił mak. Siedzimy w kuchni i pijemy herbatę bez cukru, dwoje ludzi, którzy słodyczy szukają gdzie indziej niż w kubku.
A na oddziale przy Kniaziewicza przestałam pracować w zeszłym roku, na emeryturę. Ale w środę byłam tam znowu.
Poszłam do siostry oddziałowej i powiedziałam, że chcę przychodzić jako wolontariuszka. Do sali numer cztery. Do tych, do których nikt nie przychodzi.
— A czym się pani będzie zajmować? — zapytała oddziałowa, młoda, nie znała mnie.
— Będę siadać — powiedziałam.
Dziś rano kupiłam w kiosku zeszyt. Zwykły, w twardej okładce, zielony. Położyłam go na parapecie w kuchni, obok granatowego, który zostawiłam sobie na pamiątkę, bo Wiktor uparł się, że musi zostać u mnie.
Dwa zeszyty. Jeden zapisany do końca. Drugi pusty.
Otworzyłam zielony na pierwszej stronie i wygładziłam ją dłonią, tak jak wygładza się pościel choremu, żeby leżało mu się miękko.
