Zostałyśmy same w sali domu weselnego „Pod Dębami". Kelnerzy zbierali kieliszki, ktoś składał obrus, w kącie mąż Joanny cierpliwie czekał przy oknie z płaszczem przewieszonym przez ramię.
Usiadłyśmy przy stole, z którego zdjęto już talerze. Zostały dwie filiżanki kawy i cukiernica.
— Grażyna — zaczęła Joanna. — Wiem, co o mnie myślisz. Wiem to od lat.
Nie odpowiedziałam. To moja stara umiejętność.
— Myślisz, że jestem tą, która przyjeżdżała cztery razy do roku, robiła zdjęcia i uciekała na dworzec. Że ty płaciłaś, a ja się wzruszałam.
Sięgnęła do torebki. Spodziewałam się dokumentów. Testamentu. Wyciągu z księgi wieczystej mieszkania w Wołominie.
Wyjęła zeszyt. Zwykły, w twardej brązowej okładce, jakich używałam w księgowości w latach osiemdziesiątych. Wytarty na rogach.
—
— Mama pisała — powiedziała Joanna. — Do samego końca, póki jeszcze mogła utrzymać długopis. Pani Kruczkowa mi to dała po jej śmierci. Mówiła, że mama kazała jej to schować dla „tej Asi z Gdańska".
Położyła zeszyt na stole. Nie otworzyła go.
— Nie czytałam wszystkiego — powiedziała. — Nie dałam rady. Ale przeczytałam tyle, żeby zrozumieć, że przez czternaście lat byłam idiotką. I że muszę ci to pokazać.
Patrzyłam na tę brązową okładkę i nie chciałam jej dotknąć. Bałam się jej, jak się boi listu, o którym się wie, że zmieni wszystko.
— Grażyna, weź to. Poczytaj sama. Tylko nie dziś. Dziś już za dużo.
—
Wzięłam zeszyt do domu. Marek położył się spać, wyczerpany. Ja usiadłam przy kuchennym oknie — tym samym, przy którym co miesiąc płaciłam — nalałam sobie herbaty bez cukru, choć zawsze piję z jednym, i otworzyłam pierwszą stronę.
Pismo Stefanii. Kanciaste, nauczycielskie — bo była przed emeryturą nauczycielką matematyki w szkole w Wołominie, o czym zawsze wiedziałam, ale nigdy nie łączyłam z tym, że i ona liczyła. Zawsze liczyła.
Pierwszy wpis miał datę: 4 marca 2013.
*„Grażyna była dziś. Przywiozła rumianek i te drożdżówki z serem od Adamczyka, które lubię. Nie powiedziałam jej dziękuję. Nie umiem. Ojciec Marka też nigdy nie umiał. Ale zapisuję tutaj, żeby chociaż papier wiedział."*
Odłożyłam filiżankę. Ręce mi drżały.
—
Czytałam dalej. Wpisy nie były codzienne. Czasem tydzień, czasem miesiąc przerwy. Ale były.
*„17 września 2013. Grażyna smarowała mi dłonie tym niebieskim kremem. Nikt inny tego nie robi. Asia przyjechała w niedzielę, ładnie, ale ona nie wie, że mnie bolą ręce. Grażyna wie. Grażyna zawsze wie, co mnie boli, i nigdy o tym nie mówi."*
*„2 grudnia 2014. Zapytałam ją dziś, po co przyjeżdża, skoro ja jestem dla niej niedobra. A ona powiedziała: bo pani jest matką Marka. I tyle. Nie 'kocham panią'. Nie 'lubię panią'. Tylko prawda. Ja bym tak nie umiała."*
Pociemniało mi przed oczami. Odwróciłam kartkę.
*„8 maja 2015. Wiem, że to ona płaci. Marek myśli, że ja nie wiem. Ale byłam księgową serca całe życie — zawsze wiadomo, czyj to grosz. To jej emerytura leży pod moim łóżkiem. Nie zasłużyłam."*
—
Przewracałam strony coraz szybciej. Lata się zlewały. Charakter pisma z każdym rokiem coraz bardziej się rozpadał — litery się chwiały, wersy schodziły w dół, jak zmęczone.
A jednak pisała. O rumianku. O kremie. O tym, że kiedy ją smarowałam, „na chwilę nie bolało nigdzie".
I był jeden wpis, przy którym przestałam oddychać. Data: 11 listopada 2019. Ostatni rok, w którym jeszcze mnie poznawała.
*„Powiedziałam Grażynie coś złego dawno temu. Że Marek mógł mieć każdą. Widzę teraz, że Marek nie mógł mieć nikogo lepszego. Że dostał kogoś, kto płaci i milczy, i smaruje ręce staruszce, która była dla niej wredna czterdzieści lat. Nie powiedziałam jej dziękuję. Boję się, że jak umrę, to już nigdy nie zdążę."*
—
Siedziałam przy oknie do trzeciej w nocy. Herbata dawno wystygła.
Przez czternaście lat liczyłam przelewy. Sto sześćdziesiąt osiem. Sto trzydzieści siedem tysięcy dziewięćset osiemdziesiąt złotych. Miałam to policzone co do złotówki, bo tak mnie nauczono — że wszystko można policzyć, że kolumna po lewej musi się zgadzać z kolumną po prawej.
A teraz siedziałam nad zeszytem, w którym po prawej stronie, przez czternaście lat, ktoś prowadził inną księgowość. Nie moją. Jej.
I po jej stronie kolumna była pełna. Pełna rumianku, kremu Nivea, sobót i milczenia, które ona — okazuje się — czytała zupełnie inaczej niż ja.
Przez czternaście lat byłam pewna, że płacę w próżnię. Że nikt tego nie widzi.
A ktoś widział. Zapisywał każdą sobotę. Do samego końca.
—
Rano zeszłam do kuchni. Marek już siedział przy stole, w tym samym miejscu co zawsze, i grzał dłonie o kubek.
— Nie spałaś — powiedział.
— Nie.
Położyłam przed nim zeszyt. Otworzyłam na wpisie z jedenastego listopada.
Czytał długo. Widziałam, jak mu drży broda — tak samo jak wtedy, przy trumnie.
— Ona wiedziała — powiedział cicho. — Cały czas wiedziała, co robisz. A ja myślałem, że tylko ja to widzę.
— Marek — powiedziałam. — Jest coś jeszcze. Joanna. Powiedziała, że nie czytała wszystkiego. Że przeczytała tyle, żeby coś zrozumieć. Ale nie wiem, co ona wie, czego ja jeszcze nie wiem.
Bo na ostatniej stronie, której nie zdążyłam nocą przeczytać do końca, był jeszcze jeden wpis. Inną ręką. Nie Stefanii.
I zaczynał się od słów: „Do Grażyny. Jak już przeczytasz mamę."
—
Zadzwonił telefon. Joanna, z Gdańska.
— Grażyna, przeczytałaś?
— Tak — powiedziałam. — Prawie do końca. Jest tam wpis. Twoją ręką. Ale nie przeczytałam. Bałam się.
Joanna milczała chwilę. Potem powiedziała coś, od czego zrobiło mi się zimno w całej kuchni, choć palił się piecyk.
— To nie mój wpis, Grażyna. To pani Kruczkowej. Napisała go w dniu, w którym mama umarła. I to zmienia wszystko, co myślałaś o tym, po co tam jeździłaś przez czternaście lat.
