Odłożyłam telefon i długo patrzyłam na zamknięty zeszyt na kuchennym stole.
Marek stał za mną. Położył mi ręce na ramionach — pierwszy raz tak od pogrzebu swojego ojca, trzynaście lat temu.
— Przeczytaj — powiedział. — Razem.
Otworzyłam na ostatniej stronie. Pod chwiejnym pismem Stefanii, poniżej pustego miejsca, był akapit zupełnie innym charakterem. Okrągłym, pielęgniarskim, pisanym niebieskim długopisem.
*„Do Grażyny. Jak już przeczytasz mamę."*
—
*„Pani Grażyno. Nazywam się Barbara Kruczkowa, byłam oddziałową na piętrze pani Stefanii przez wszystkie te lata. To ja brałam od pani ten termos w soboty. Pani Stefania kazała mi pilnować tego zeszytu i oddać go rodzinie. Ale mnie prosiła jeszcze o coś. Żebym Pani napisała to, czego ona już nie zdąży. Przez czternaście lat wszyscy na oddziale wiedzieli, kiedy jest sobota. Bo pani Stefania od piątku wieczorem pytała, czy już sobota. I my wiedziałyśmy — nie o Panią chodzi, tylko o to, że w sobotę ktoś przyjdzie i będzie ładnie. Ona nie żyła między sobotami, pani Grażyno. Ona żyła sobotami. Sześćset czterdzieści osiem sobót. Policzyłam. A w ostatni piątek, dzień przed śmiercią, powiedziała mi jedno zdanie. Kazała je Pani przekazać dokładnie tak, jak je wypowiedziała. Powiedziała: 'Niech Grażyna wie, że przez nią umieram jako człowiek, do którego ktoś przychodził.' To wszystko. Trzymałam to zdanie dla Pani do dziś. Barbara Kruczkowa."*
—
Siedziałam bez ruchu.
Sześćset czterdzieści osiem sobót. Ktoś jeszcze liczył. Nie tylko ja z moimi przelewami — ktoś liczył soboty. I wyszła mu z tego liczba, której ja, ze swoją całą księgowością, nigdy bym nie wpisała do żadnej kolumny.
Bo ja liczyłam, ile mnie to kosztuje. A pani Kruczkowa liczyła, ile jej to dało.
Marek płakał cicho, bez wstydu. Ja nie płakałam. Ja czułam, jak przez czternaście lat coś, co nosiłam jak kamień, zamienia się w coś, co nagle mogę odłożyć.
—
W sobotę pojechałam „Pod Kasztany".
Nie musiałam. Stefania nie żyła, rachunek się skończył, piętnastego już nie było czego przelewać. Ale wstałam o szóstej, spakowałam torbę — termos rumianku, dwie drożdżówki z serem od Adamczyka, krem Nivea w niebieskim pudełku — i wsiadłam w autobus 145.
Aleja kasztanowa spuszczała liście. Deptałam po nich do drzwi.
Pani Kruczkowa siedziała w dyżurce. Wstała, kiedy mnie zobaczyła.
— Pani Grażyno. Nie musiała pani.
— Wiem — powiedziałam. Postawiłam termos na jej biurku. — To dla pani. I dla dziewczyn z oddziału. Rumianek stygnie, jak długo stoi.
Wyjęłam drożdżówki. Położyłam obok.
—
— Pani Barbaro — powiedziałam. — Ile jest tu osób, do których nikt nie przychodzi w soboty?
Spojrzała na mnie zaskoczona.
— Sporo. Pani Wiesia z siódemki. Pan Tadeusz z końca korytarza. Nowa, pani Halina, przywieziona w lipcu, syn w Anglii, nie było go ani razu.
Wyjęłam z torby krem Nivea. Ten niebieski. I położyłam go na biurku obok termosu.
— Będę przyjeżdżać — powiedziałam. — W soboty. Nie do kogoś konkretnego. Do tych, do których nikt nie przychodzi. Mam czternaście lat wprawy w soboty. Szkoda, żeby się zmarnowała.
Pani Kruczkowa patrzyła na mnie długo. Potem sięgnęła po drożdżówkę, choć była oddziałową i pewnie nie wypadało.
— Pani Halina lubi, jak ktoś ją smaruje po rękach — powiedziała cicho. — Ma suchą skórę.
—
Weszłam do siódemki. Pani Wiesia, drobna, siwa, siedziała przy oknie i patrzyła na kasztan.
— Kim pani jest? — zapytała.
— Grażyna — powiedziałam. Przysunęłam krzesło. — Przyszłam posiedzieć.
— Nie znam żadnej Grażyny.
— Nie szkodzi — powiedziałam i nalałam rumianku do jej kubka. — Ja panią poznam.
Otworzyłam krem, wzięłam jej cienką, papierową dłoń w swoje i zaczęłam smarować, tym samym ruchem, którego nauczyłam się przez czternaście lat.
Pani Wiesia zamknęła oczy. Po chwili odetchnęła głębiej.
— Ładnie tu — powiedziała, patrząc w okno na kasztan spuszczający liście.
Smarowałam dalej jej dłoń i nie odpowiadałam. Nauczyłam się nie odpowiadać. To była moja stara umiejętność — a teraz, pierwszy raz, była do czegoś dobra.
