Kartka na szybie sklepiku była zawiadomieniem.
"Poszukujemy osób, które znały panią Wandę Krzeminską z bloku nr 7. Prosimy o kontakt z administracją." Poniżej numer telefonu i data, sprzed dziesięciu dni.
Wanda Krzeminska.
Siedem lat, a poznałam jej imię z ogłoszenia przyklejonego taśmą do szyby sklepu spożywczego.
Weszłam do sklepu. Za ladą stała młoda dziewczyna, może dwudziestoletnia, z telefonem w dłoni.
— Ta pani z ogłoszenia — powiedziałam. — Pani Wanda. Co z nią?
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
— A ja wiem? Administracja kazała powiesić. Chyba coś się stało, bo weszli do mieszkania.
— Weszli?
— No. Straż pożarna. Ze dwa tygodnie temu. Sąsiadka z góry wezwała, bo lało się do niej z sufitu.
—
Blok numer siedem. Klatka trzy.
Wiedziałam to, bo dziewczyna ze sklepu w końcu przypomniała sobie, że "ta starsza pani w płaszczu w łuskę" mieszkała "gdzieś w siódemce, u dołu".
Stanęłam pod klatką. Domofon z powyrywanymi przyciskami, tylko przy niektórych nazwiska. Przy jednym, na parterze, wyblakła karteczka: KRZEMINSKA.
Nacisnęłam. Raz, drugi, trzeci.
Cisza. Oczywiście, że cisza.
Wtedy z góry otworzyło się okno.
— A pani do kogo? — głos ostry, podejrzliwy.
Podniosłam głowę. W oknie na pierwszym piętrze stała kobieta w moim wieku, w bawełnianym szlafroku, z papierosem.
— Do pani Wandy. Krzeminskiej.
Kobieta zaciągnęła się papierosem.
— Nie ma pani Wandy — powiedziała. — Zabrali ją.
Sąsiadka nazywała się pani Halina. Wpuściła mnie do siebie, chociaż mnie nie znała, bo — jak powiedziała — "człowiek się już tak boi w tych czasach, ale pani ma poczciwą twarz".
Usiadłyśmy w kuchni. Na stole cerata w kratkę, na parapecie pelargonie.
— To była samotna kobieta — powiedziała pani Halina, stawiając przede mną szklankę herbaty, której nie prosiłam. — Cicha. Nikt do niej nie przychodził, dwadzieścia lat tu mieszkam i nie widziałam, żeby ktoś do niej wszedł.
— A rodzina?
— Podobno miała córkę. Ale gdzieś daleko, chyba za granicą. Nie utrzymywały kontaktu. Wanda raz mi powiedziała, że córka "ma swoje życie". Powiedziała to tak, wie pani, że więcej nie pytałam.
Znałam ten ton. To był ten sam ton, co przy "nikt na mnie nie czeka".
— Co się stało? — zapytałam. — Ta straż pożarna.
Pani Halina odstawiła szklankę.
— Upadła. W łazience. Leżała chyba dobę, może dwie, nikt nie wiedział. Aż woda z wanny zaczęła się lać do mnie przez sufit, bo ona kran odkręciła i już nie doszła. Wezwałam straż. Wyważyli drzwi.
Milczałam.
— Żyje — dodała szybko pani Halina, widząc moją minę. — Żyje, tylko w szpitalu leży. Barlickiego, ten na Kopcińskiego. Biodro połamane i chyba coś z głową, bo długo leżała bez pomocy. Ale żyje.
—
Żyje.
To słowo powtarzałam sobie w tramwaju z powrotem. Żyje. Leży w szpitalu Barlickiego z połamanym biodrem, sama, bo nikt na nią nie czeka, ale żyje.
Bożenka miała rację. Łódź to nie wieś. Nie znałam tej kobiety. Nie miałam prawa się wtrącać.
A jednak jechałam tym tramwajem i myślałam już nie o tym, czy mam prawo. Myślałam o tym, że przez siedem lat stawiałam przed nią talerz i ani razu nie zapytałam, jak ma na imię.
Myślałam o tym, że stary człowiek może leżeć dobę na kafelkach w łazience i nikt tego nie zauważy, bo świat jest zajęty, bo każdy ma swoje, bo tak działa świat, jak mówi Bożenka.
—
Wieczorem zadzwoniłam do córki. Do mojej córki, Agnieszki, która mieszka w Poznaniu i którą słyszę raz na tydzień, w niedzielę, przez piętnaście minut.
— Mamo? Coś się stało? — od razu przestraszona, bo w środku tygodnia nie dzwonię.
— Nie, nie. Tylko chciałam usłyszeć twój głos.
Cisza w słuchawce.
— Mamo, na pewno wszystko dobrze?
— Dobrze, córciu. Idź, śpij. Jutro pracujesz.
Rozłączyłam się i długo siedziałam z telefonem w dłoni.
Bo pomyślałam wtedy o czymś, o czym wolałam nie myśleć. Że ja też jestem taka Wanda. Że mieszkam sama, że mam jedną córkę daleko, że gdybym upadła w łazience, to woda musiałaby się polać do sąsiadki, żeby ktoś w ogóle zauważył.
—
Następnego dnia po pracy pojechałam do szpitala Barlickiego.
Kupiłam po drodze kompot. Wiśniowy, w słoiku, ze sklepu, bo takiego domowego nie miałam. I dwie pomarańcze, bo do szpitala się nosi pomarańcze, tak mnie matka uczyła.
Na oddziale pielęgniarka spojrzała na mnie znad papierów.
— Do kogo?
— Do pani Wandy Krzeminskiej.
— Rodzina?
Otworzyłam usta. I zamknęłam.
Bo co miałam powiedzieć? Że jestem kelnerką z baru mlecznego, która przez siedem lat podawała jej pyzy, i przyszłam, bo nie mogłam znieść myśli, że leży tu sama?
— Jestem... — zaczęłam.
Pielęgniarka czekała, długopis zawieszony nad kartką.
— Jestem znajoma — powiedziałam w końcu. — Z dawnych lat.
Skinęła głową i coś zapisała.
— Sala siódma. Ale niech się pani nie dziwi. Ona nie za bardzo... wie pani. Po tym upadku. Momentami jest, momentami jej nie ma.
—
Sala siódma. Cztery łóżka, trzy zajęte.
Wandę poznałam od razu, chociaż nigdy nie widziałam jej leżącej, tylko stojącej przy mojej ladzie. Włosy rozpuszczone na poduszce, siwe, cieńsze niż myślałam. Bez płaszcza w łuskę wyglądała mniejsza, jakby to płaszcz przez te wszystkie lata trzymał ją w kupie.
Podeszłam. Postawiłam kompot i pomarańcze na szafce.
— Pani Wando — powiedziałam cicho.
Otworzyła oczy. Te jasne, wypłowiałe oczy. Popatrzyła na mnie długo, bez zrozumienia.
A potem coś się w nich poruszyło. Coś zaskoczyło, jak stary mechanizm, który jeszcze pamięta, jak się chodzi.
— Kompot — powiedziała ochrypłym głosem. — Dzisiaj wiśniowy?
I wtedy poczułam, że coś mi ściska gardło tak mocno, że nie mogę odpowiedzieć.
