Telefon zadzwonił o siódmej zero dwie, kiedy nastawiałam wodę na herbatę.
O tej porze dzwoni tylko jedna osoba na świecie — moja przyjaciółka Genowefa, żeby zapytać, czy idziemy na spacer przed upałem. Wytarłam rękę w fartuch i podniosłam słuchawkę, już z gotowym „no chodźmy, tylko szybko, bo mają dać trzydzieści dwa stopnie”.
— Ciociu Halino? — powiedział głos, którego nie znałam. Młody, kobiecy, spięty. — Mówi Ola. Córka Janka.
Woda w czajniku zaczęła szumieć. Stałam w kuchni na Piaskach w Wałbrzychu — nie, przepraszam, ja mieszkam w Świdnicy, na Westerplatte, w bloku z wielkiej płyty z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku — i słuchałam, jak ktoś nazywa mnie ciocią po raz pierwszy od trzydziestu lat.
— Skąd masz mój numer — zapytałam. Nie brzmiało to jak pytanie. Brzmiało jak zamykane drzwi.
— Od pani Kruczkowej. Ona pana... ona pamiętała, że pani mieszka w Świdnicy.
Janek. Mój brat Janek. Mówiłam o nim „on” tak długo, że imię w mojej głowie zdążyło zardzewieć.
— Ciociu, tata jest w szpitalu. W Wałbrzychu, na Sokołowskiego. Serce. Wczoraj go operowali.
Wyłączyłam czajnik, choć woda jeszcze nie doszła. Nie wiem, czemu to zrobiłam. Ręka sama sięgnęła.
— To po co dzwonisz do mnie — powiedziałam. — On ma żonę.
— Mama umarła cztery lata temu, ciociu. — Cisza po drugiej stronie była dłuższa o pół sekundy, niż powinna być. — Tata nie ma nikogo oprócz mnie. A ja mieszkam w Anglii. Przyleciałam wczoraj, ale w piątek muszę wracać, bo mam dwoje małych dzieci i pracę, której nie utrzymam, jeśli...
Zaczęła mówić szybko, tak jak mówią ludzie, którzy boją się, że ktoś odłoży słuchawkę.
— On pani szukał. Przez lata. Miałam pani list w szufladzie, taki, którego nigdy nie wysłał. Ciociu, ja nic nie wiem o tym, co się między wami stało. Ale on ma siedemdziesiąt jeden lat i leży sam, i ciągle mówi jedno imię przez sen. Halina.
Odłożyłam słuchawkę.
Nie z gniewu. Po prostu ręka mi opadła, a razem z nią telefon wrócił na widełki. Usiadłam przy stole, na tej samej ceracie w kratkę, którą mój mąż Tadeusz kupił na bazarze w Świebodzicach w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym, i patrzyłam na własne dłonie.
Siedemdziesiąt jeden lat. Więc ja mam sześćdziesiąt osiem. Kiedy przestaliśmy się odzywać, miałam trzydzieści osiem. Trzydzieści lat. Policzyłam to w głowie w trzy sekundy — czterdzieści dwa lata w księgowości zostawiają takie odruchy na zawsze.
—
Muszę wam powiedzieć, o co poszło, bo inaczej pomyślicie, że jestem złą siostrą. Może i jestem. Ale nie bez powodu.
W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym roku umarła nasza matka. Zostawiła dom w Boguszowie — nieduży, poniemiecki, z ogródkiem, w którym rosły dwie jabłonie i grusza. Nie majątek. Ale to był jej dom, dom, w którym się urodziliśmy oboje, ja i Janek.
Ja wtedy siedziałam przy niej przez dwa ostatnie lata. Woziłam ją do lekarza swoim maluchem, myłam ją, gotowałam jej kaszkę, bo pod koniec nie mogła już przełykać nic innego. Janek mieszkał w Wałbrzychu, dwadzieścia minut jazdy, i przyjeżdżał na Wielkanoc i na imieniny. „Mam więcej pracy, Halinko” — mówił. „Ty jesteś bliżej sercem, ja jestem bliżej roboty.”
A potem matka umarła i okazało się, że dwa miesiące przed śmiercią przepisała dom na Janka. Na niego. Notarialnie, przy świadkach, o których ja nic nie wiedziałam.
Dowiedziałam się o tym u notariusza. Janek siedział naprzeciwko mnie, w garniturze, którego nigdy wcześniej u niego nie widziałam, i kręcił obrączką na palcu — w kółko, w kółko — a kiedy notariusz skończył czytać, powiedział:
— Halinko, mama tak chciała. Ja mam rodzinę do utrzymania. Ty masz Tadeusza, jego pensję, wam niczego nie brakuje.
Kręcił tą obrączką i patrzył gdzieś obok mojej twarzy.
— Po co ci ten dom. I tak byś go sprzedała.
Wstałam i wyszłam. Nie trzasnęłam drzwiami. Po prostu wyszłam i już nigdy więcej nie podałam mu ręki.
On próbował. Przez pierwsze lata dzwonił, przysyłał kartki na święta. Ja odsyłałam kartki nierozpakowane. Nie dlatego, że tak bardzo zależało mi na tym domu — Bóg mi świadkiem, że nie o mury chodziło. Chodziło o to, że przez dwa lata myłam matce plecy, a on przyjechał na pogrzeb w nowym garniturze i wyszedł z aktem własności w kieszeni.
Chodziło o to, że nazwał mnie w duchu kimś, kto „i tak by sprzedał”. Że policzył mnie i skreślił.
—
Genowefa przyszła o dziewiątej, bo się nie doczekała telefonu. Zastała mnie przy stole z zimną herbatą.
— Halina, coś ty taka biała. Zasłabłaś?
— Janek jest w szpitalu — powiedziałam. Pierwszy raz od trzydziestu lat wypowiedziałam to imię na głos, w swojej własnej kuchni, i zabrzmiało jak coś obcego, wypożyczonego.
Genowefa usiadła. Znamy się od pięćdziesięciu lat, chodziłyśmy razem do liceum imienia Konopnickiej, i ona jest jedyną osobą, która zna całą tę historię z domem.
— I co zrobisz? — zapytała.
— Nic. Co miałabym zrobić. On ma córkę.
— Córka wraca w piątek do Anglii. — Genowefa nie odrywała ode mnie oczu. — Sama powiedziałaś.
Milczałam. Za oknem sąsiad z parteru wychodził z psem, ten sam rytuał co codziennie, dziewiąta piętnaście, i pomyślałam, jaka to dziwna rzecz, że świat idzie dalej, kiedy w człowieku coś się właśnie przewraca.
— Halina — powiedziała Genowefa cicho. — Ja cię o nic nie namawiam. Ale znam cię czterdzieści lat i wiem jedno. Jak on umrze, a ty tam nie pojedziesz, to będziesz z tym siedzieć każdej nocy. Nie z żałobą po bracie. Z czymś gorszym.
— Z czym.
— Z tym, że to ty będziesz tą, która wiedziała i nie pojechała.
Wyszła koło jedenastej. Zostałam sama z ceratą, z zimną herbatą i z tą jedną kartką, którą wyjęłam z pudełka na dnie szafy — jedyną, której nie odesłałam, bo przyszła już po śmierci Tadeusza, kiedy nie miałam siły chodzić na pocztę.
Boże Narodzenie, dwa tysiące dwudziesty rok. Charakter pisma niepewny, litery jakby drżące.
„Halinko. Wiem, że nie odpiszesz. Ale chcę, żebyś wiedziała, że dom w Boguszowie stoi pusty. Nie sprzedałem go. Nigdy w nim nie zamieszkałem. Sam już nie wiem, po co go wtedy wziąłem.”
Czytałam to zdanie chyba dziesięć razy.
Sam już nie wiem, po co go wtedy wziąłem.
Poszłam do sypialni, wyjęłam z szafy walizkę — tę małą, granatową, z którą jeździłam z Tadeuszem do Kudowy — i postawiłam ją otwartą na łóżku.
Stałam nad nią godzinę. Nie włożyłam nic.
Wieczorem zadzwonił telefon jeszcze raz. Ola. Głos jeszcze bardziej zmęczony.
— Ciociu, wybudzili go z narkozy. Pytał, czy dzwoniłam. Powiedziałam, że tak. I że pani... że pani się zastanawia.
Nie powiedziałam, że się zastanawiam. Ale nie zaprzeczyłam.
— Ciociu, on płakał. Pierwszy raz w życiu widziałam, jak tata płacze.
—
O dwudziestej drugiej stałam w kuchni z rozkładem jazdy pobranym na telefonie — Ola nauczyła mnie przez SMS, jak się to robi. Pociąg do Wałbrzycha odjeżdża ze Świdnicy o siódmej czterdzieści.
Włożyłam do granatowej walizki dwie bluzki, szczoteczkę i tę jedną kartkę sprzed sześciu lat.
Nie wiedziałam jeszcze, czy jadę, żeby mu wybaczyć.
Wiedziałam tylko, że jadę, żeby oddać mu jedno zdanie. Zdanie, które nosiłam w sobie trzydzieści lat i którego nie da się wysłać na pocztówce.
Zamknęłam walizkę. Zatrzask szczęknął w ciszy jak wystrzał.
