Wszystkie historie

Przez osiem lat czesałam całą ulicę za darmo. W lipcu zamknęłam zakład na klucz i pojechałam nad morze - część 3

Regina wraca na Grunwaldzką z nowym cennikiem — i z rozróżnieniem, którego nauczyło ją morze.

Ilustracja wygenerowana przez AI.Ilustracja wygenerowana przez sztuczną inteligencję
Ilustracja wygenerowana przez AI. Nie przedstawia rzeczywistych osób, miejsc ani zdarzeń. Jak powstają nasze materiały.
Czytasz część 3 z 3Zacznij od pierwszej częściPrzez osiem lat czesałam całą ulicę za darmo. W lipcu zamknęłam zakład na klucz i pojechałam nad morze - część 1

Krata zakładu "Regina" poszła w górę w poniedziałek o siódmej zero pięć.

Ale tym razem nie ja ją podniosłam pierwsza. Kiedy zeszłam z mieszkania, na chodniku przed zakładem stała już pani Halina — wróciła z córką ze Słupska dzień wcześniej — i trzymała w rękach kartkę i taśmę klejącą.

— Pomyślałam, że przyda ci się to na drzwiach — powiedziała. — Napisałam ci na maszynie u córki.

Wzięłam kartkę. Przeczytałam.

A potem przykleiłam ją do szyby, na wysokości oczu, żeby każdy, kto wejdzie, musiał ją przeczytać.

O siódmej piętnaście przyszła pani Wiśniewska.

— No nareszcie! Reginko, gdzie ty się podziewałaś, cała ulica na głowie stała! Grzywkę mi ścinaj, spieszę się.

Wskazałam na kartkę na drzwiach.

Przeczytała. Zmarszczyła brwi.

"Cennik: strzyżenie 25 zł, farbowanie 60 zł, trwała 90 zł. Płatność w dniu usługi. Kto naprawdę nie ma z czego — niech powie mi to w oczy. Dogadamy się. Regina."

— Ale… — Pani Wiśniewska otworzyła usta. — Regina, my przecież jesteśmy jak rodzina. Ty nam nigdy nie liczyłaś.

— Teraz liczę — powiedziałam. Spokojnie. Bez drżenia w rękach, choć ręce miałam wolne.

— A jak nie zapłacę?

— To pani nie usiądzie w fotelu.

Stała chwilę. Potem wyjęła z torebki portmonetkę — tę samą, którą przez cztery lata trzymała zamkniętą, mówiąc "następnym razem" — i położyła na blacie dwadzieścia pięć złotych.

— Zawsze miałaś pani te pieniądze — powiedziałam, biorąc nożyczki.

— Miałam — przyznała cicho.

Usiadła. Ściełam jej grzywkę równo, jak zawsze. Bo dwadzieścia dwa lata zostawiają takie odruchy na zawsze — ale odruch odmawiania sobie samej, ten jeden postanowiłam odzwyczaić.

Do południa przewinęło się przez fotel siedem osób.

Zapłaciło sześć.

Siódmy był młody Adamczyk, ten, którego strzygłam od dziecka. Stanął w drzwiach, przeczytał kartkę, poczerwieniał.

— Pani Regino, ja… ja tej roboty jeszcze nie dostałem. Naprawdę teraz krucho.

Popatrzyłam na niego. Pierwszy raz od lat — w oczy, nie na głowę.

I zobaczyłam chłopaka, który mówi prawdę. Nie "następnym razem" człowieka, który ma i nie chce dać. Prawdziwe "nie mam".

Druga kupka.

— Siadaj — powiedziałam. — Za darmo. Ale jak dostaniesz tę robotę, to nie flaszka. Przyjdziesz i powiesz mi w oczy "dziękuję". Tyle.

Usiadł. A jak wstawał ostrzyżony, miał mokre oczy i podał mi rękę jak dorosły mężczyzna.

Pani Kruczkowa przyszła po obiedzie.

Weszła jak zawsze — pewnie, z płaszczem na wieszak, nie pytając.

— Reginko, z boków tylko, idę na imieniny do Zdziśki.

Stanęłam między nią a fotelem.

— Pani Kruczkowo, jest pani winna dwa tysiące osiemset złotych. Za cztery lata.

Zatrzymała się. Ręka jej powędrowała do kołnierzyka płaszcza, poprawiła go, choć nie było czego poprawiać.

— Ale my przecież… koleżanki…

— Koleżanki płacą. Rodzina płaci. Tylko obcym się nie chce, a pani nie jest mi obca. — Wzięłam do ręki zeszyt "na kreskę", ten sam, który Ola przywiozła z powrotem. Otworzyłam na jej karcie. — Nie chcę tych dwóch tysięcy ośmiuset. Daruję. Ale od dziś płaci pani w dniu usługi, jak wszyscy.

Poprawiła kołnierzyk jeszcze raz. Otworzyła usta. Zamknęła.

— To ja może… pójdę do innej.

— Może pani — powiedziałam.

I wtedy, na sekundę, ta pewna siebie kobieta, która dwadzieścia dwa lata wchodziła do mnie jak do swojego, spuściła wzrok. Bo obie wiedziałyśmy, że innej fryzjerki, która strzygłaby ją za "następnym razem", na tej ulicy nie ma.

Wyjęła portmonetkę. Położyła na blacie dwadzieścia pięć złotych.

— Z boków — powiedziała cicho.

Usiadła.

Wieczorem, kiedy krata już była w dół, siedziałam w zakładzie sama. Szuflada kasy była pełniejsza, niż była od czterech lat.

Ale nie o pieniądze chodziło.

Wzięłam kalendarz pani Haliny — ten sfatygowany, z 2019 roku, z kółkami i kwotami. I zeszyt "na kreskę" z osiemnastoma tysiącami długów.

Dwie księgi tej samej ulicy.

Zeszyt "na kreskę" włożyłam do szuflady i zamknęłam ją na klucz. Nie wyrzuciłam. Ale i nie zamierzałam już do niego zaglądać.

A kalendarz pani Haliny postawiłam na półce nad lustrem, oparty o słoik z grzebieniami, tam gdzie każdy klient go zobaczy, choć nikt nie będzie wiedział, co to jest.

Ja będę wiedziała.

Następnego dnia pani Halina przyszła na mycie i strzyżenie.

Usadziłam ją, odchyliłam głowę nad umywalkę, puściłam ciepłą wodę. I masowałam jej kark przy płukaniu dłużej, niż trzeba było — tak jak przez ostatnie osiem lat, tylko że teraz wiedziałam, że to robię.

— Ile jestem winna? — spytała, kiedy skończyłam.

Otarłam jej włosy ręcznikiem. Spojrzałam na nią w lustrze.

— Dwadzieścia pięć złotych, pani Halino. Od dziś. Ani grosza więcej, ani grosza za tamte osiem lat.

— Ale kalendarz…

— Kalendarz zostaje na półce. Nie jako dług. Jako to, że pani pamiętała. I że ja wreszcie zobaczyłam różnicę.

Wyjęła dwadzieścia pięć złotych. Położyła na blacie tak, jakby to była najważniejsza transakcja jej życia.

A ja wzięłam te pieniądze i wrzuciłam do szuflady, przy pełnym świetle dnia, przy otwartej kracie, i nie było mi wstyd — pierwszy raz od dwudziestu dwóch lat — że biorę pieniądze od kobiety, którą lubię.

Wróć do wszystkich historii