Halina obudziła się o piątej pięćdziesiąt sześć, cztery minuty przed budzikiem. Tak samo jak w każdą sobotę od dwudziestu dwóch lat.
Przez chwilę leżała w ciemności i patrzyła w sufit. Wojciech oddychał ciężko, na plecach, z lekkim świstem w gardle. Pachniał wczorajszą whisky i firmą. Wrócił po dwudziestej drugiej, ale ona już udawała, że śpi.
Wstała ostrożnie, jak zawsze. Kapcie. Szlafrok. Drzwi przymknięte, żeby światło w przedpokoju nie padało prosto na łóżko.
Bemowo było szare. Na parkingu pod blokiem przy Powstańców Śląskich stały trzy auta w warstwie kwietniowego pyłu — sąsiedzi wjeżdżali pewnie tylko w piątek wieczorem i nie wyjeżdżali do poniedziałku rano. Jej Skoda Fabia stała czwarta, dalej, pod brzozą, której kora już zaczynała mieć tę zieloną poświatę kwietnia.
Halina nastawiła czajnik. Sześć pięćdziesiąt osiem na zegarze nad lodówką. Dobry rytm. Kura rosołowa była rozmrożona od piątku. Włoszczyzna leżała w siatce na parapecie. Schab na kotlety czekał w lodówce, owinięty w papier, jeszcze nie rozbity. Trzy ziemniaki na osobę, koper z balkonu — zasiała tej zimy w doniczce, urósł. Mizeria z dwóch ogórków szklarniowych z Lewiatana, pół szklanki śmietany, sól, pieprz. Kompot z mrożonek — wiśnie, jabłka, garść truskawek z zeszłego sezonu.
Kawa. Czarna, sypana, w szklance. Tak nauczyła ją matka.
Usiadła przy stole z kratką ceraty — tej ceraty Wojciech kupił w 2009 na bazarze w Wesołej, kiedy jeszcze chodzili na bazary razem — i policzyła. Sześć godzin do obiadu. Magda przyjedzie pociągiem z Krakowa o trzynastej dwadzieścia. Bartek wstanie najpóźniej o jedenastej. Wojciech będzie w fotelu z laptopem do dwunastej, potem zniknie w łazience na czterdzieści minut, potem usiądzie w kuchni i powie: ładnie pachnie.
Tak jak w zeszłą niedzielę. I dwie niedziele temu. I rok temu. I siedem lat temu.
Halina rozbiła kotlety drewnianym tłuczkiem, którego ojciec używał od 1981 i który po jego śmierci wzięła do siebie. Tłuczek był ciężki, bukowy, miał wcięcie w środku trzonka po jakiejś dawnej awarii. Halina nie wymieniała tego tłuczka, mimo że Wojciech proponował. Mam taki swój rytm, mówiła wtedy, i Wojciech nie naciskał.
Kotlety zapanierowała w jajku, mące, bułce. Odłożyła pod ściereczkę.
O ósmej pięć weszła Hanka.
Hanka oczywiście nie weszła. Hanka, jej teściowa, zmarła w 2018 na zapalenie płuc, w trzy tygodnie. Halina to wiedziała. Ale w sobotę rano, kiedy gotowała rosół, czasem słyszała, jak Hanka mówi:
— Dolej trochę pieprzu, Halinka. Stachu lubi mocniej.
Stachu — Stanisław, teść — przestał przyjeżdżać w 2020. Najpierw udar, potem dom opieki w Pruszkowie. Halina była tam ostatnio w styczniu. Stanisław już jej nie poznawał. Nazywał ją Bożena, imieniem swojej siostry, która zmarła w 1997. To było łatwiejsze niż rozmowa.
Hanka i Stanisław przyjeżdżali co niedzielę od jesieni 2004. Bartek miał wtedy dwa lata, Magda była w brzuchu. Pierwsza niedziela — kotlet schabowy, ziemniaki, kapusta. Hanka pochwaliła. Stanisław zjadł trzy kotlety. Wojciech przy stole pierwszy raz uśmiechnął się do Haliny od trzech miesięcy, od kiedy w nocy nikt nie spał, bo Bartek miał kolki.
Tak zaczęły się niedziele.
Mama Haliny — Genowefa — czasem dołączała, w niedziele po pogrzebie ojca w 2010. Wymagała mniej. Ja zjem byle co, Halinka, wiesz przecież. Genowefa zmarła w 2016, z wycieńczenia, jak mówił lekarz, choć Halina znała inne słowo: smutek po Bolesławie.
Po 2018 zostali Hanka pamiętana, Stanisław w Pruszkowie, Wojciech w fotelu, Bartek na laptopie, Magda na pociągu z Krakowa.
A rosół dalej się gotował.
„Niedziele Haliny były jak audyt finansowy: wszystko trzeba było policzyć, wszystko trzeba było rozliczyć, a na końcu i tak nikt nie czytał załączników."
—
Niedziela, dwunastego kwietnia, była ciepła. Pierwsza prawdziwie wiosenna.
Magda przyjechała o trzynastej dwadzieścia siedem — pociąg miał siedem minut spóźnienia. Wpadła do mieszkania ze swoim wielkim plecakiem, z którego wystawała rurka od fenu i jakiś kabel od ładowarki, i z workiem foliowym, w którym było jej pranie z ostatniego tygodnia w Krakowie.
— Mama, idę do siebie się przebrać, zaraz schodzę.
Pranie wylądowało w przedpokoju. Halina spojrzała na worek. Worek był związany na luźny supeł, ale przez folię widać było czarny rękaw bluzy i coś, co kiedyś było białe.
Magda zamknęła się w łazience. Halina słyszała wodę. Pomyślała: tylko niech nie używa tego mojego balsamu z Avonu, ostatni już, na święta zamówię.
Wojciech wyszedł z fotela o dwunastej czterdzieści. Bartek schodził z piętra o jedenastej dwadzieścia, w szlafroku, z włosami sterczącymi. Postawił czajnik. Zrobił sobie kawę. Usiadł przy stole z laptopem.
— Dzień dobry, mama.
— Dzień dobry, syneczku.
— Pachnie.
— Schabowy.
— No.
Halina wyjmowała kotlety na półmisek. Bartek nie patrzył. Pisał coś na laptopie, marszczył brwi, kiwał głową.
O trzynastej trzydzieści wszyscy siedzieli przy stole. Cztery talerze. Magda w bluzie z kapturem, mokre włosy. Wojciech w koszulce polo i dresie. Bartek w tym samym szlafroku.
Halina nałożyła rosół. Cztery łyżki w zupie, żeby było z czym sięgnąć. Makaron, marchewka, pietruszka, koper. Lubili.
Jedli w ciszy przez pierwsze trzy minuty. Tylko łyżki o talerze, tylko Wojciech mlasknął raz głośniej, kiedy złapał kawałek selera.
— Mama, jak twój tydzień? — zapytała Magda.
Halina podniosła wzrok znad swojego talerza.
— Normalnie.
— Mhm.
Magda nie czekała na więcej. Zaczęła opowiadać o Krakowie, o swoim chłopaku, który nazywa się Igor i jest taki, o pewnej promotorce, która jej kazała zmienić bibliografię, o tym, że w Krakowie strasznie wieje. Wojciech kiwał głową przy każdym zdaniu, czasem pytał, a co pan promotor mówi, a Magda mówiła, że to jest pani.
Bartek dojadał drugi kawałek. Sięgnął po trzeci.
Halina patrzyła, jak Bartek bierze nóż i piłuje przy mięsie, wkłada widelcem kawałek do ust, gryzie. Gryzie dłużej niż zwykle.
— Mama — powiedział, łykając. — Ten schabowy jest za suchy.
Halina nie odpowiedziała.
Cisza była o pół sekundy dłuższa niż powinna być. Może nikt nie zauważył. Wojciech sięgnął po kompot. Magda mówiła dalej o promotorce. Bartek już znowu jadł.
Halina patrzyła w swój talerz. Na talerzu był schabowy. Schabowy nie był za suchy. Halina rozbijała te kotlety przez dwadzieścia dwa lata, znała wagę każdego, znała czas na patelni. Schabowy był taki, jaki powinien być.
Zmierzyła wzrokiem rękę Bartka. Bartek miał dwadzieścia cztery lata. Bartek mieszkał w jej domu. Bartek nie zarabiał nic od czerwca, od kiedy obronił licencjat. Bartek ostatni raz spytał, czy ci pomóc, mama, w 2019, kiedy go o to poprosiła sama, bo źle jej się chodziło z koszem do śmietnika.
Mama, ten schabowy jest za suchy.
Halina wzięła łyżkę kompotu. Połknęła. Wyszła z kuchni. Pomyślała, że może zaraz ktoś za nią zawoła, Halina, gdzie idziesz, mam jeszcze drugi kawałek. Ale nikt nie zawołał. Magda mówiła dalej. Bartek jadł.
W łazience Halina zamknęła drzwi i postała przy umywalce. W lustrze widziała kobietę z siwym pasemkiem na lewej skroni, w fartuchu w drobne błękitne kwiaty. Kobieta wyglądała na tysiąc lat.
Halina umyła ręce. Wróciła do kuchni. Nałożyła sobie na talerz kawałek schabowego. Zjadła go w trzech kęsach, w ciszy. Schabowy nie był za suchy.
—
W poniedziałek poszła do pracy normalnie.
Spółdzielnia Mieszkaniowa „Przyjaźń" mieściła się w lokalu na parterze, na rogu Lazurowej i Powstańców Śląskich, w bloku z 1981 roku. Halina pracowała tam od 2007. Najpierw jako młodsza księgowa, potem księgowa, od 2015 — księgowa główna. Pod nią pracowały trzy osoby: Wiesia (pięćdziesiąt cztery lata, z tej samej spółdzielni co Halina, mieszkały dwa bloki dalej), Renatka (młodsza, trzydzieści sześć, dwoje dzieci) i pan Kazimierz (sześćdziesiąt jeden, dwa lata do emerytury, palił).
Halina przyszła o ósmej zero pięć. Włączyła komputer. Wyjęła z szuflady okulary do bliskiego patrzenia. Włączyła program księgowy.
Był audyt zewnętrzny w przyszłym miesiącu. Trzeba było poukładać dokumenty.
— Halinka, dzień dobry — powiedziała Wiesia, wchodząc z kubkiem.
— Dzień dobry.
— Co weekend?
— Normalnie. A twój?
— Ja w sobotę spałam do dziewiątej, pierwszy raz od miesięcy. W niedzielę z Andrzejem do Lasu Bemowskiego, na rower. Andrzej upadł, stłukł kolano, nic poważnego, ale śmiałam się przez godzinę. Powiem ci, że to był najlepszy weekend od Wielkanocy.
Halina uśmiechnęła się. Wiesia była dziesięć lat po rozwodzie, miała syna w Niemczech i Andrzeja, który był sąsiadem z piątego piętra i z którym chodziła „nieformalnie", jak mówiła Wiesia, „od zeszłego marca, ale na razie się nie ożenimy, on już raz spróbował, ja też".
— A ty? — zapytała Wiesia.
— Gotowałam.
— Mhm.
Wiesia pokiwała głową, rozumiała. Wiesia przez dwadzieścia lat też tak gotowała, dopóki mąż nie odszedł z młodszą koleżanką z banku. Wtedy Wiesia przestała.
O dziewiątej Halina otworzyła swój zeszyt w kratkę. Zeszyt był z 2023 roku, brulion A5 z Empiku, niebieska okładka, na pierwszej stronie miała listę zaległości czynszowych z pierwszego kwartału. Halina przekartkowała na ostatnią pustą stronę.
Na górze napisała ołówkiem:
Tydzień 13–19 kwietnia. Liczba osób, które zapytały, jak mi w pracy.
Pod spodem narysowała tabelkę. Siedem rubryk. Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek, sobota, niedziela.
W rubryce „niedziela" wpisała: *0*.
Magda zapytała: Mama, jak twój tydzień. To nie było to samo. Tydzień to nie praca. Halina była precyzyjna. Halina była księgową.
Schowała zeszyt do szuflady, pod skoroszyt z 2024.
„Tabelka miała siedem rubryk. Halina pomyślała, że bilans tygodnia, jak każdy porządny bilans, ma się domknąć. Tylko nie wiedziała jeszcze, po której stronie."
—
W poniedziałek wieczorem zamiast iść prosto do domu, Halina wsiadła do tramwaju 24 i pojechała do Domu Kultury Bemowo.
Plakat o Zumbie 50+ wisiał tam od marca dwa tysiące dwadzieścia trzy. Halina widziała ten plakat sześć razy w tygodniu, kiedy szła na pocztę. Trzy lata go widziała.
Sławka, instruktorka, miała czterdzieści sześć lat, włosy farbowane na rudo, leginsy w panterę. Powitała Halinę przy drzwiach.
— Pierwszy raz?
— Tak.
— Buty sportowe ma pani?
— Mam adidasy w torbie.
— No to do szatni. Zaczynamy o osiemnastej trzydzieści.
W sali były głównie kobiety. Czterdzieści siedem, sześćdziesiąt trzy, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt sześć. Halina w pierwszym rzędzie nie chciała stać. Stanęła w trzecim, za niską panią w czerwonej koszulce, która od razu zaczęła kołysać biodrami w rytm.
Sławka krzyknęła:
— Robimy! Bachata! Lewa, prawa, lewa, prawa!
Halina przez pierwsze dziesięć minut nic nie umiała. Potem, gdzieś przy „Despacito", coś jej się przesunęło w nogach. Po dwudziestu minutach była mokra. Po godzinie miała czerwone policzki i czuła, że nogi jej drgają.
W szatni pani w czerwonej koszulce powiedziała:
— Pierwszy raz?
— Tak.
— A wyglądasz, jakbyś tu była od marca.
Halina się roześmiała. Naprawdę. Pierwszy raz od trzech może czterech tygodni. Roześmiała się głośno i przez moment nie wiedziała, gdzie się podziać z tym śmiechem.
— Bożena — powiedziała pani w czerwonej koszulce, wyciągając rękę.
— Halina.
— Mieszkasz gdzie?
— Powstańców Śląskich.
— A ja w sąsiednim bloku. Klatka B, piąte. Z mężem i kotem. Mąż śpi, kot szuka jedzenia.
Halina się znowu uśmiechnęła.
— Przyjdziesz w czwartek? — zapytała Bożena.
— Tak.
—
Przyszła w czwartek.
A w międzyczasie liczyła.
Wtorek. Renatka pytała, czy Halina miała problemy ze zwrotem nadpłaty pana Marciniaka. Halina odpowiedziała. Wiesia o czternastej zapytała, czy chce iść do bistro na dole na zupę. Poszły. Wiesia opowiadała o Andrzeju. Rubryka „wtorek": *0*.
Środa. Pan Kazimierz poprosił, żeby mu pomogła wypełnić formularz do ZUS-u dla swojej żony. Pomogła. Pan Kazimierz powiedział, dzięki, Halinka. Rubryka: *0*.
Czwartek. Audytor z firmy zewnętrznej przyjechał na wstępną rozmowę. Pan czterdzieści dwa lata, łysiejący, w garniturze. Mówił do Haliny przez czterdzieści minut. Pytał o księgi, o spis składników majątku, o procedurę inwentaryzacji. Halina odpowiadała. Audytor pokiwał głową. Wyszedł.
Rubryka czwartek: *0*.
Wieczorem zumba. Bożena z piątego piętra przyniosła butelkę wody dla Haliny — bo wczoraj zapomniałaś, widziałam — i po zajęciach zaprosiła się na kawę po sobocie. Mąż Bożeny był piłkarzem trzeciej ligi w latach osiemdziesiątych, miał kolano i temperament, ale w niedziele lubił spać do dziesiątej. Wpadnij, powiedziała Bożena. Mam pierogi z kapustą, wczoraj zrobiłam za dużo.
Halina wracała tramwajem 24 sama, w lekko mokrej bluzie, z bólem w łydkach, którego nie czuła od ślubu. Pomyślała: bóle są dobre.
W domu Wojciech siedział w fotelu z laptopem.
— Halina, gdzieś ty była?
— Na zumbie.
— Na czym?
— Na zumbie. W domu kultury.
Wojciech kiwnął głową. Wrócił do laptopa. Halina poszła do łazienki się przebrać.
Piątek. Rubryka: *0*.
W piątek wieczorem, kiedy zamykała program księgowy, otworzyła zeszyt jeszcze raz. Sześć dni, sześć zer. Niedziela jeszcze przed nią — a niedziela już była w jej kalendarzu jako gotuję.
Halina napisała pod tabelką, ołówkiem:
Suma tygodnia: 0. Suma od 12 kwietnia: 0. Suma od stycznia 2026: prawdopodobnie 0. Suma od grudnia 2018 (śmierć Hanki): nie wiem. Przestałam liczyć.
I zamknęła zeszyt.
—
W sobotę osiemnastego kwietnia Halina obudziła się o piątej pięćdziesiąt sześć.
Czajnik. Czarna kawa w szklance. Stół z ceratą.
Halina nie wstała do garnka.
Siedziała przy stole przez pół godziny i piła kawę. Słuchała, jak Wojciech oddycha. Bemowo było cichsze niż zwykle.
O siódmej zerwała się i poszła do kuchni niby gotować. Wyjęła kurę z lodówki. Postawiła ją na blacie. Potem schowała z powrotem.
O wpół do dziewiątej napisała SMS-a.
Magdusiu, Bartek. Jutro nie gotuję obiadu. Idę z Wiesią z pracy do Łazienek. Życzę dobrej niedzieli.
Wysłała. Telefon zachichotał — wysłany.
Zostawiła telefon na stole. Poszła pod prysznic.
Jak wyszła z prysznica, telefon chichotał już cztery razy. Magda. Magda jeszcze raz. Bartek. Magda znowu.
Halina wytarła ręce. Wzięła telefon.
Magda: Mama, co się dzieje Magda: Halo?? Bartek: Mama, ale ja przyjeżdżam Magda: Czy coś z tatą?
Halina napisała do Magdy:
Wszystko w porządku. Po prostu nie gotuję jutro. Niedziela jest też moja.
I do Bartka:
Wiem. W lodówce jest ser, szynka i jajka.
Schowała telefon do kieszeni szlafroka. Nastawiła wodę na drugą kawę.
Wojciech wszedł do kuchni o dziewiątej zero osiem. Podszedł do lodówki, otworzył, zamknął. Nalał sobie kawy.
— Halina, co Magda do mnie pisze, że ty czegoś nie gotujesz?
— Bo nie gotuję.
— Aha.
Wojciech popatrzył na nią. Halina patrzyła w okno. Wojciech wziął swoją kawę i poszedł do fotela.
„Ostatnie dwadzieścia dwa lata Halina była stołówką. Stołówka nie ma własnej niedzieli. Tę myśl Halina sformułowała w głowie po raz pierwszy, kiedy nalewała sobie drugą kawę."
—
W niedzielę w Łazienkach była magnolia.
Halina i Wiesia spotkały się przy bramie od strony Agrykoli o jedenastej trzydzieści. Wiesia miała na sobie zielony płaszczyk, którego Halina nigdy wcześniej u niej nie widziała, i była w butach na małym obcasie.
— Halinka, jesteś — powiedziała Wiesia. — Ja już myślałam, że jednak coś się stało.
— Nic się nie stało.
— Nigdy w życiu nie zaproponowałaś mi wspólnej niedzieli. W ciągu dziewięciu lat.
— No.
Poszły alejką w stronę Pałacu na Wodzie. Magnolie były akurat w punkcie pełnym — różowe, gęste. Tłum ludzi z aparatami. Wiesia robiła zdjęcia telefonem. Halina patrzyła.
— Wiesia, jak się umiera ze stresu?
— Halinka, no co ty.
— Pytam. Bo trzy dni temu czytałam, że stres nie zabija, ale przyspiesza.
— No to przyspiesza. Co cię stresuje?
— Zostawiłam Bartka, Wojciecha i Magdę, którzy mają dziś sami sobie zrobić obiad.
Wiesia roześmiała się. Naprawdę głośno, z głębi brzucha. Cztery panie z aparatami obok obejrzały się.
— Halinka. To nie ty się stresujesz. To oni.
— Oni mi nie pokazują, że się stresują.
— Właśnie dlatego ty się stresujesz za nich. Od dwudziestu dwóch lat.
Halina pomyślała o tym przez chwilę.
Telefon zadzwonił. Bartek. Halina spojrzała. Nie odebrała.
Telefon zadzwonił drugi raz. Bartek. Halina nie odebrała.
— Tłumaczyć ci się — powiedziała Wiesia. — Każdy z nich będzie próbował.
— Mhm.
Telefon trzeci raz. Bartek. Halina ścisnęła go w ręce, ale nie odebrała.
— Halinka, wyłącz dzwonek.
Halina wyłączyła dzwonek.
Poszły na kawę do pawilonu obok Białego Domku. Halina zamówiła latte z syropem orzechowym, którego nigdy w życiu nie próbowała. Wiesia wzięła cappuccino i ciasto czekoladowe.
— Halinka — powiedziała Wiesia, kiedy miały już połowę kaw. — Mogę cię o coś zapytać?
— Pytaj.
— Co Wojciech?
— Wojciech nic.
— To znaczy?
— To znaczy, że Wojciech od piętnastu lat siedzi w fotelu z laptopem. Wraca o dziewiątej, je, idzie do fotela. W weekend laptop. W niedzielę ja gotuję, on je, idzie do fotela. Kiedy ostatni raz mnie pocałował, nie pamiętam.
— Halinka.
— No.
Cisza. Wiesia patrzyła w swoją filiżankę.
— Czyli?
— Czyli nie wiem — powiedziała Halina. — Ale wiem, że dziś nie gotuję. To na początek wystarczy.
Telefon zachichotał czwarty raz. Halina go nie wyciągnęła z torebki.
Wracała tramwajem 24 o czternastej czterdzieści. Mieszkanie pachniało olejem ze smażonego jajka i czymś przypalonym. Bartek siedział przy stole z talerzem, na którym leżały dwa rozsypane omlety i kawałek chleba. Wojciech w fotelu, laptop otwarty, ale ekran ciemny. Magda — Halina dowiedziała się dopiero z SMS-a Wojciecha o dwunastej — została w Krakowie, bo nie była pewna, czy ma przyjechać.
— Mama, zostawiliśmy ci jajka — powiedział Bartek, nie podnosząc głowy.
— Dziękuję, kochanie. Już jadłam.
I poszła do łazienki.
—
W poniedziałek Halina wstała o piątej pięćdziesiąt sześć. Wojciech spał. Bartek jeszcze nie wstał.
O szóstej trzydzieści Bartek zszedł do kuchni. W szlafroku, z włosami sterczącymi.
— Mama.
— Tak, Bartek.
— Wczoraj nie odebrałaś.
— Nie odebrałam.
— Mama, ja chciałem ci tylko powiedzieć, że tata nic mi nie zrobił, że ja tylko chciałem wiedzieć, czy ty—
— Bartek. Usiądź.
Bartek usiadł. Halina nalała mu kawy. Postawiła przed nim. Postawiła przed sobą.
— Bartek. Mam dla ciebie dwie rzeczy.
— Co?
— Pierwsza rzecz. Jutro pakujesz walizkę i jedziesz do Magdy do Krakowa. Może mieszkać u niej, może mieszkać u kogoś z jej znajomych, może wynająć sobie pokój. Pieniądze zarobisz, bo masz dwadzieścia cztery lata.
Bartek patrzył w kawę.
— Druga rzecz — powiedziała Halina. — Albo zostajesz tutaj i zaczynasz płacić za pokój. Cztery setki miesięcznie. Piątego każdego miesiąca. Pierwsza rata piątego maja.
Bartek otworzył usta. Zamknął. Otworzył.
— Mama, ja nie mam—
— Bartek. Dasz radę zarobić cztery setki miesięcznie. Każdy daje radę. Ja zarabiałam więcej, kiedy miałam dwadzieścia cztery lata, w 1998, na umowach o dzieło, w roku, w którym była panika z rublem.
— Mama, to jest nie fair.
— Bartek.
— No.
— To jest fair. To, co było do tej pory, nie było fair. Dla mnie.
Bartek wstał. Wyszedł z kuchni. Halina słyszała, jak idzie schodami do siebie. Słyszała, jak zamyka drzwi.
Halina dopiła kawę. Umyła szklankę. Włożyła ją do suszarki.
„Cztery setki. Halina wybrała tę kwotę, bo była to dokładnie kwota, którą Bartek wydawał miesięcznie na grę online. Halina wiedziała o grze. Halina widziała wyciągi z karty syna, którą sama opłacała."
—
Bartek się obraził.
Przez całą sobotę nie wyszedł z pokoju. Halina słyszała jego kroki, drzwi do łazienki, drzwi do swojego pokoju.
W niedzielę dwudziestego szóstego kwietnia o siódmej rano Halina wstała.
Czajnik. Czarna kawa w szklance. Stół z ceratą.
Halina nie wstała do garnka.
Halina poszła do łazienki, ubrała się w bluzkę i spódnicę, której nie nosiła od pogrzebu Genowefy. Splotła włosy w prosty kok. Wróciła do kuchni.
Na blacie kuchennym wczoraj wieczorem postawiła „Wyborczą", którą Wojciech kupił i nie przeczytał. „Wysokie Obcasy", Magazyn. Trzy gazety.
Halina zrobiła sobie drugą kawę. Z ekspresu, z dwoma cukrami, z mlekiem. Tak jak nigdy nie piła. Nigdy nie miała czasu ani spokoju.
Usiadła w fotelu w dużym pokoju. Otworzyła „Wysokie Obcasy". Pierwszy artykuł był o psychologii i o tym, dlaczego kobiety przed pięćdziesiątką częściej rozwodzą się niż przed pięćdziesiątką. Halina przeczytała pierwszy akapit. Drugi. Trzeci.
Wojciech wszedł do pokoju o dziewiątej dwadzieścia.
— Halina, gdzie obiad?
Halina podniosła wzrok znad gazety.
Wojciech stał w drzwiach. W swoim szlafroku. Włosy spłaszczone z jednej strony — leżał na lewym boku.
Halina pomyślała, że Wojciech właśnie zadał jej pierwsze pytanie tego tygodnia, które dotyczy jej. Gdzie obiad dotyczyło jej, bo ona była tą osobą, która wie, gdzie obiad.
Halina powiedziała:
— Niedziela jest też moja.
Wojciech otworzył usta. Zamknął.
— Jak to?
— Tak to.
Cisza.
— A co z obiadem?
— W lodówce jest ser, szynka i jajka. Tak samo jak powiedziałam Bartkowi w sobotę.
Wojciech postał jeszcze pół minuty. Potem powiedział:
— Aha.
Wyszedł z pokoju. Halina słyszała, jak otwiera lodówkę. Słyszała, jak wyjmuje coś. Słyszała, jak stoi w kuchni i nic nie robi przez długą chwilę.
Potem usiadł przy stole z chlebem i serem. Halina słyszała dźwięk noża o talerz.
Halina wróciła do gazety.
—
Bartek zszedł o jedenastej.
Stanął w drzwiach dużego pokoju. Halina podniosła wzrok.
— Mama.
— Tak.
— Zapłacę.
— Dobrze.
— Ale ja nie wiem, jak zarobić.
— Bartek, jest ogłoszenie w naszej spółdzielni. Potrzebujemy pomocnika administracyjnego. Niepełny etat, dwa tysiące netto. Pójdź jutro do Wiesi. Wiesz, gdzie ona pracuje.
— Mama, ja mam licencjat z marketingu—
— Wiem. Ale nie masz pracy. A pomocnik administracyjny to jest jakaś praca.
Bartek pokiwał głową.
— Mama.
— Tak.
— Co się stało?
Halina pomyślała przez chwilę.
— Bartek. Nic się nie stało. Po prostu w zeszłą niedzielę powiedziałeś, że schabowy jest za suchy. A ja rozbijam te kotlety od dwudziestu dwóch lat.
Bartek otworzył usta. Patrzył w podłogę.
— Mama, ja nie chciałem—
— Wiem.
— Ja tylko tak—
— Wiem, Bartek.
Bartek stanął w drzwiach jeszcze pół minuty. Potem powiedział przepraszam i wyszedł.
Halina nie zaprzeczyła. Nie powiedziała nic się nie stało. Nie powiedziała ja też.
Wróciła do gazety.
—
Magda zadzwoniła o trzynastej.
— Mama, ja chcę przyjechać.
— Magdusiu, nie musisz.
— Mama, ja chcę.
— Dobrze. Ale mówię ci od razu — nie gotuję.
— Nie szkodzi. Ja zrobię.
— Magdusiu.
— Co?
— Magdusiu, czy ty wiesz, że ja od dwudziestu dwóch lat gotuję dla ciebie i dla Bartka, i dla taty, w niedzielę?
— Wiem, mama.
— Czy ty kiedyś zapytałaś, czy ja chcę?
Cisza po drugiej stronie.
— Mama, ja—
— Nie, Magdusiu. Nie zapytałaś. Bo cię nikt nie nauczył pytać. To jest też moja wina.
— Mama.
— Magdusiu, przyjedź, jeśli chcesz. Ja będę tu siedziała w fotelu z gazetą. Ty zrobisz sobie i bratu jajecznicę. Ja będę bardzo zadowolona, jak to zrobisz. Ale ja jajecznicy dziś nie zrobię. Rozumiesz?
— Rozumiem, mama.
— Dobrze. Pa.
Halina rozłączyła. Schowała telefon do kieszeni.
Wróciła do „Wysokich Obcasów". Skończyła artykuł o rozwodach. Otworzyła „Wyborczą". Pierwszy artykuł był o cenach mieszkań na Bemowie. Halina przeczytała.
Wojciech siedział przy stole w kuchni. Jadł chleb z serem. Przez cały czas się nie odzywał.
—
Magda przyjechała o szesnastej dwadzieścia.
Weszła do mieszkania. Postawiła plecak. Podeszła do mamy, która siedziała w fotelu, i pocałowała ją w czoło.
To była pierwsza rzecz, którą Magda jej zrobiła w tę niedzielę, której Halina nie zrobiła sama dla siebie.
Magda poszła do kuchni. Halina słyszała, jak otwiera lodówkę. Słyszała jajka. Słyszała patelnię.
Po dwudziestu minutach Magda przyniosła Halinie talerz z jajecznicą na patelni, dwoma kromkami chleba i pomidorem. I szklankę wody.
— Mama, jedz.
— Dziękuję, Magdusiu.
— Mama, jak twój tydzień w pracy?
Halina podniosła wzrok znad gazety. Magda stała nad nią. Dwadzieścia dwa lata, w bluzie z kapturem.
Halina pomyślała, że to jest pierwsza osoba, która pyta ją o pracę w tym tygodniu. Pomyślała, że Magda nigdy wcześniej nie zapytała. Pomyślała, że Magda się dziś tego nauczyła. Że nauczyła się przez SMS, przez cztery nieodebrane telefony, przez „niedziela jest też moja".
— Magdusiu — powiedziała. — Mój tydzień w pracy był średni. Pan Kazimierz prosił mnie o pomoc z formularzem ZUS dla pani Kazimierzowej. Pomogłam. Audytor przyjeżdża w przyszłym miesiącu, więc układam dokumenty. Wiesia w czwartek mówiła mi o Andrzeju, ale Andrzej jeszcze raz upadł na rowerze, tym razem w lesie, i ma siniaka na łokciu. Obiecałam Wiesi, że jeszcze raz pójdziemy do Łazienek, kiedy będą bzy.
— To brzmi jak normalny tydzień, mama.
— Tak. To jest normalny tydzień.
Magda usiadła naprzeciwko, w drugim fotelu. Wojciech wszedł do pokoju, postał chwilę, potem usiadł na kanapie. Halina nie wiedziała, czy on słuchał wcześniej, czy przyszedł właśnie teraz.
Magda zaczęła opowiadać o swojej promotorce, której tym razem chodziło o przypisy. Halina słuchała. Wojciech też słuchał. Halina jadła jajecznicę, która była nieco za słona, ale całkiem dobra.
—
Bartek zszedł o siedemnastej. Stanął w drzwiach. Patrzył.
— Magda — powiedział.
— Bartek.
— Co tam.
— Mama nie gotowała.
— Wiem. Ja zrobiłem sobie kanapkę.
— Ja zrobiłam jajecznicę.
— Masz coś jeszcze?
— Mam.
Magda wstała. Poszła z Bartkiem do kuchni. Halina słyszała, jak Magda wbija jajka. Słyszała, jak Bartek mówi daj soli. Słyszała ich oboje.
Wojciech siedział na kanapie. Patrzył w okno. Halina patrzyła w niego z fotela.
— Wojciech.
— Tak.
— Słyszałeś.
— Tak.
— Wojciech, ja w czwartek znowu idę na zumbę.
— Aha.
— A w niedzielę, jak będą bzy, idę z Wiesią do Łazienek.
— Aha.
— Wojciech.
— Tak.
— Chciałbyś kiedyś coś ze mną zrobić?
Wojciech popatrzył na nią. Halina widziała w jego oczach coś, czego nie widziała od śmierci Hanki w 2018 — Wojciech patrzył. Nie w laptop. Nie w okno. Na nią.
— Halina. Ja nie wiem.
— Pomyśl.
— Dobrze.
—
Halina wstała z fotela o dziewiętnastej. Włożyła kapcie. Poszła do kuchni.
Bartek i Magda siedzieli przy stole. Każde z nich miało swój talerz. Magda zrobiła jajecznicę na cztery jajka, dla obojga. Mizeria ze świeżego ogórka. Pomidor. Chleb. Bartek żuł.
— Mama, zostawić ci? — zapytała Magda.
— Już jadłam jajecznicę, kochana.
— A herbatę?
— Herbatę. Tak.
Magda nastawiła czajnik. Halina usiadła przy stole, na swoim miejscu, naprzeciwko Wojciecha, który właśnie wszedł.
Na zegarze nad lodówką była dziewiętnasta dwadzieścia trzy.
Halina pomyślała, że godzinę temu przeczytała w „Wysokich Obcasach", że w kobietach po pięćdziesiątce zachodzą zmiany hormonalne, które sprawiają, że zaczynają widzieć rzeczy, których wcześniej nie widziały. Halina uśmiechnęła się do siebie. Halina widziała te rzeczy od dwudziestu dwóch lat. Po prostu nikomu o nich nie mówiła.
Magda postawiła przed nią kubek z herbatą. Bartek powiedział:
— Mama.
— Tak.
— Jutro idę do Wiesi. Zapytam o pomocnika administracyjnego.
— Dobrze.
— I... mama, ja zapłacę za maj. Cztery setki.
— Dobrze.
— Mama, czy ty—
— Bartek.
— Tak.
— Zjedz jajecznicę.
Bartek zjadł jajecznicę.
Halina piła herbatę. Patrzyła przez okno. Bemowo o dziewiętnastej dwadzieścia trzy w niedzielę dwudziestego szóstego kwietnia, dwa tysiące dwudziestego szóstego roku, było ciche. Sąsiad Kruczek wyszedł z psem. Przejechał tramwaj 24 w stronę Powstańców Śląskich.
—
W poniedziałek dwudziestego siódmego kwietnia Halina poszła do pracy normalnie.
O ósmej trzydzieści Wiesia zapukała w jej futrynę.
— Halinka. Twój syn. Bartek. Stoi w korytarzu.
— Wiem. Przyszedł zapytać o pomocnika administracyjnego.
— Halinka.
— Wiesia.
— Cztery setki za pokój?
— Cztery setki za pokój.
— Halinka, ty się znasz na finansach.
— Wiem.
Wiesia wyszła. Halina otworzyła program księgowy. Słyszała, jak Wiesia w korytarzu rozmawia z Bartkiem — krótko, rzeczowo, jak Wiesia umiała mówić do petentów spółdzielni. Słyszała, jak Bartek mówi dzień dobry, tak, nie, rozumiem, kiedy mam zacząć. Halina nie wyjrzała z gabinetu. Wiesia po dziesięciu minutach weszła z formularzem.
— Halinka. Zaczyna piątego maja. Trzy popołudnia w tygodniu, do końca audytu. Potem zobaczymy.
— Dobrze.
— Halinka.
— Mhm.
— Twój syn powiedział mi, że ma licencjat z marketingu.
— Ma.
— I że nie wie, co teraz.
— Wiem.
Wiesia położyła formularz na biurku. Poszła zrobić sobie kawę. Halina podpisała formularz w polu przyjmujący pracę. Pierwszy raz w życiu jako bezpośredni przełożony własnego dziecka. Włożyła do segregatora.
O jedenastej Halina wyszła na kawę z Wiesią do bistro na dole.
— Halinka — powiedziała Wiesia. — Jak Wojciech?
Halina pomyślała.
— Wojciech wczoraj patrzył na mnie pierwszy raz od ośmiu lat.
— I co?
— I nic. Patrzył.
— Halinka, to jest dużo.
— Wiem, Wiesia. To jest dużo.
—
W środę Halina poszła na zumbę z Bożeną. W czwartek Wojciech wrócił z firmy o dziewiętnastej, czyli o dwie godziny wcześniej niż zwykle. Powiedział:
— Halina, idziemy w sobotę do kina. Ja kupię bilety.
— Dobrze.
— Halina.
— Tak.
— Na co byś chciała?
Halina zmierzyła go wzrokiem. Wojciech przez piętnaście lat nie kupił sam biletu do kina dla nich obojga. Wojciech przez piętnaście lat nie wiedział, że Halina lubi francuskie filmy z lat siedemdziesiątych.
— Na to, co sam wybierzesz — powiedziała Halina.
— Halina.
— Tak.
— Ja nie wiem, co lubię.
— No to wybierz cokolwiek.
Wojciech kiwnął głową. Wyszedł z pokoju.
W sobotę drugiego maja Halina i Wojciech poszli do kina na „Pewnego razu w Anatolii", który Wojciech wybrał w internecie, czytając recenzję, której nie zrozumiał. Film trwał dwie godziny pięćdziesiąt minut. Halina przez połowę nie wiedziała, co się dzieje. Wojciech zasnął na czterdzieści minut.
Po seansie poszli na kawę. Halina zamówiła latte z syropem orzechowym. Wojciech zamówił herbatę.
Wojciech spytał:
— Halina, kiedy ostatnio piłaś latte z syropem orzechowym?
— W zeszłą niedzielę.
— A wcześniej?
— Nigdy.
Wojciech kiwnął głową. Postał chwilę z palcami na uchu kubka. Potem powiedział:
— Halina. Ten film mi się nie podobał.
— Mnie też nie.
— Ale ja przez te dwie godziny pięćdziesiąt myślałem.
— O czym.
— O tym, że ja nie wiem, co lubię.
Halina patrzyła w swoje latte. Po dłuższej chwili powiedziała:
— Wojciech, to jest pierwszy raz, kiedy mi to mówisz.
— Wiem.
—
W niedzielę trzeciego maja Halina obudziła się o piątej pięćdziesiąt sześć.
Kuchnia. Czajnik. Czarna kawa w szklance.
Halina nie wstała do garnka. Halina siedziała przy stole z ceratą. Cerata była ta sama, której Wojciech kupił w 2009 na bazarze w Wesołej. Cerata była ta sama. Halina była inna.
O dziewiątej zero siedem Wojciech wszedł do kuchni. Postawił czajnik. Zrobił sobie kawę. Postawił przed sobą. Nie pytał, gdzie obiad.
Powiedział:
— Halina.
— Tak.
— Pomyślałem.
— Tak.
— Pojedźmy w przyszły weekend do Sandomierza. Wczoraj czytałem w „Wyborczej", że tam jest fajnie.
Halina podniosła wzrok znad swojej kawy.
Wojciech patrzył na nią. Tak samo jak w niedzielę, kiedy patrzył pierwszy raz od ośmiu lat.
— Dobrze — powiedziała Halina. — Pojedźmy.
—
Magda zadzwoniła w niedzielę o dziewiętnastej.
— Mama, jak twój tydzień?
Halina, w fotelu, z herbatą, w dużym pokoju, w którym Wojciech siedział na kanapie i czytał „Wyborczą", którą po raz pierwszy od pięciu lat kupił sam, a nie ona jemu, powiedziała:
— Magdusiu. Mój tydzień był nadzwyczajny.
— Opowiedz, mama.
I Halina opowiedziała.
—
O dwudziestej drugiej trzydzieści Halina umyła swój kubek po herbacie. Włożyła do suszarki.
W kuchni był spokój. Zegar nad lodówką pokazywał dwudziestą drugą trzydzieści jeden. Bemowo było ciche. Sąsiad Kruczek już dawno wyszedł z psem i wrócił.
Halina zgasiła światło w kuchni. Poszła do sypialni. Wojciech już leżał, na plecach. Halina położyła się na swojej stronie.
W ciemności słyszała oddech Wojciecha. Pachniał kawą i Sandomierzem, którego jeszcze nie zobaczyli.
Halina pomyślała, że jutro będzie poniedziałek. Że pójdzie do pracy. Że pan Kazimierz znowu będzie palił przy oknie. Że Wiesia opowie jej coś o Andrzeju. Że Bartek pójdzie do swojego pomocnika administracyjnego. Że Magda zadzwoni w środę albo czwartek.
Że w niedzielę, dziesiątego maja, ona pojedzie z Wojciechem do Sandomierza. Że nie ugotuje obiadu. Że obiad zje w restauracji, której nazwy jeszcze nie wie.
Halina zamknęła oczy.
Kotlety bukowy tłuczek leżał w szufladzie. Cerata leżała na stole. Skoda Fabia stała pod brzozą. Bemowo leżało wokół. Wszystko było tam, gdzie powinno być.
Halina zasnęła o dwudziestej drugiej czterdzieści dwie, cztery minuty wcześniej niż zwykle.
—
Po którym „mama, ten schabowy jest za suchy" kobieta ma prawo nie ugotować następnego obiadu?
