Wszystkie historie

Stałam za nim w kolejce dwa lata. Pewnej środy zemdlał mi w ramionach

Trzydzieści sześć lat wcześniej trzymałam jego rączkę. Nie poznałam go, dopóki nie usłyszałam nazwiska

Piekarnia, dzień jak co dzień. Nic nie zapowiadało tego co się za chwilę wydarzy.

Krystyna wyszła ze szpitala o siedemnastej trzydzieści dwie.

Listopadowy wieczór już zapadł. Wiatr od Odry niósł zapach wilgotnych liści i tego czegoś zielonego, zimnego, charakterystycznego dla Wrocławia w tej porze roku — kiedy światło z latarni odbija się od mokrego asfaltu i wydaje się, że wszystko jest dwa razy.

Zarzuciła kurtkę, którą kupiła sobie pięć lat temu w Decathlonie, i ruszyła w stronę przystanku.

Tramwaj numer jeden przyjechał punktualnie. W głębi siedział mężczyzna z gazetą i kobieta z reklamówką pełną pomarańczy. Krystyna stanęła przy oknie. Patrzyła na ulicę Mikulicza-Radeckiego, potem na rzekę, potem na latarnię, którą przez ostatnie dwa lata mijała w tę i tamtą stronę dwadzieścia razy w tygodniu.

Rok do emerytury, pomyślała. Trzysta pięćdziesiąt cztery dni, jeśli się nie pomyliła.

Na oddziale pediatrycznym pracowała trzydzieści sześć lat. Najpierw na Curie-Skłodowskiej, potem, kiedy oddział przeniesiono, na Borowskiej. Dzieci jej życia. Tylu, że nie umiała sobie przypomnieć imion, ale ręce pamiętały — jak się trzyma niemowlę z kroplówką, jak się rozmawia z czterolatkiem, który nie chce zastrzyku, jak się patrzy w oczy matki, której właśnie powiedziano coś, czego nie chce usłyszeć.

Na Sępolno wysiadła o osiemnastej zero pięć.

Skręciła w Bartoszowicką, potem w wąską uliczkę między blokami z lat siedemdziesiątych. Piekarnia U Dziubaków miała szyld z lat dziewięćdziesiątych, którego nikt nigdy nie zmienił. Otwarte było do dwudziestej, oprócz niedziel.

Krystyna chodziła tu co środę. Dwa lata. Bez wyjątków.

Zawsze w tej samej kolejności: cztery kromki chleba żytniego, dwie bułeczki ze szczypiorkiem, a w środy — drożdżówka z makiem dla siebie. Drożdżówka z makiem — tak ją kiedyś wabiła córka, kiedy miała pięć lat i chciała, żeby Krystyna w niedzielę szła z nią na lody, a nie na cmentarz do swojej matki.

Magda mieszkała teraz w Hamburgu. Dziesięć lat już. Krystyna nie wabiła jej drożdżówką, tylko skype'em w niedziele wieczorem, czasem nawet rzadziej.

W piekarni pachniało chlebem i drożdżami i jeszcze tym czymś, co ma tylko wieczorne pieczywo, kiedy piekarz schodzi z popołudniowej zmiany. Za ladą stała pani Krzysia, znała Krystynę z imienia. Przed Krystyną w kolejce stał mężczyzna, którego Krystyna znała z twarzy.

Dwa lata.

— Cztery bułki — powiedział mężczyzna do pani Krzysi. — I sernik.

Zawsze to samo. Zawsze tym samym tonem. Cichym, bez interesu, jakby kupował coś, co od dawna kupuje, i nie czekał, żeby się nad tym zastanowić.

Miał czterdzieści lat, mniej więcej. Krystyna była pielęgniarką trzydzieści sześć lat — wiek czytała z twarzy lepiej niż z dokumentu. Nie był ojcem, na pewno nie świeżym. Nie był też samotny — bo cztery bułki to za dużo na jednego.

Kurtka, którą nosił, była zniszczona w łokciach. Nie tania. Po prostu zniszczona pracą — taka, jaką Krystyna widziała u mężczyzn z ekipy remontowej, którzy w sześć lat temu zrobili w jej mieszkaniu nowe okna. Buty solidne, robocze. Twarz spokojna, dobra, ze zmęczeniem starym jak on sam.

Pani Krzysia podała mu sernik w pudełku. Mężczyzna płacił bilonem. Liczył dokładnie.

— Dziękuję.

— Do widzenia, panie Janku.

Krystyna myślała, że tego nie zauważyła. Nie zauważyła. Pani Krzysia mówiła tak do każdego — pani Halinko, panie Wojciechu, pani Stasiu. Janku musiała powiedzieć tysiąc razy.

Ale Krystyna miała tej środy w głowie coś, czego sobie sama nie umiała wytłumaczyć. Patrzyła, jak mężczyzna wkłada sernik do reklamówki Biedronki. Twarz miał odwróconą o pół profilu. Krystyna pomyślała: ja go znam.

I tak myślała przez ostatnie dwa lata. Ja go znam.

Pielęgniarki tak mają. Twarz pacjenta, którego się obsługiwało dziesięć lat temu, nie wraca do głowy w pełni, tylko jakby spod podłogi. Coś klika, ale nie do końca. Krystyna pamiętała tysiące dzieci. Tysiące matek. Tysiące twarzy, które się jej w nocy mieszały. Tej twarzy nie umiała przypisać do niczego konkretnego, więc dawno przestała próbować.

Patrzyła, jak wychodzi.

— Co dla pani, pani Krystyno? — spytała pani Krzysia.

— Cztery kromki żytniego — powiedziała Krystyna. — I drożdżówka z makiem.

W mieszkaniu na Sępolnie nikt jej nie czekał. Tak było od trzynastu lat.

Były mąż mieszkał w Świdnicy, miał drugą żonę i drugiego syna — tego, którego Krystyna nigdy nie poznała i nie chciała poznać. Magda mieszkała w Hamburgu. Pies, którego Krystyna miała przez czternaście lat, padł w grudniu trzy lata temu i Krystyna nie wzięła nowego.

Zdjęła kurtkę. Powiesiła ją na haku w przedpokoju. Zapaliła światło w kuchni. Postawiła reklamówkę na blacie, wyjęła chleb, drożdżówkę, zostawiła chleb na desce.

W telewizorze szły wiadomości regionalne. Nie słuchała. Włączyła czajnik, który cicho zaczął szumieć.

Telefon nie zadzwonił. Magda nie dzwoniła w środy. Magda dzwoniła w niedziele, czasem w soboty, raz na trzy tygodnie w piątek wieczór, kiedy chciała coś opowiedzieć. Dzisiaj była środa i Magda pracowała w gabinecie do dziewiętnastej.

Krystyna usiadła przy kuchennym stole. Pociągnęła łyk herbaty. Drożdżówkę zostawiła na talerzyku.

*Ja go znam.*

Zjadła pół drożdżówki i wstała. Druga połowa została na talerzyku, jakby ktoś miał przyjść.

Trzy środy później był czwarty listopada.

Krystyna pamiętała to potem ze szczegółami, których nie pamiętała o własnym ślubie ani o pogrzebie matki. Dyżur kończył się wcześniej, bo pani Wioletta wróciła z urlopu i zwolniła ją o piętnastej. Krystyna wyszła z kliniki w jasnym jeszcze świetle, niespodziewanie cieplejszym dniu, i pomyślała, że pójdzie do piekarni przed kolacją, nie po, żeby zjeść drożdżówkę przy kawie.

W tramwaju po drodze przeczytała na telefonie wiadomość od Magdy: Mamo, jutro nie zdążę, w piątek o ósmej, dobrze?

Odpisała: Dobrze. Kropka. Bez serduszek.

W piekarni był on.

Stał przy ladzie, plecami do drzwi. Pani Krzysia kroiła sernik. Krystyna stanęła za nim, dwa metry, jak zawsze. Pomyślała, że dziś, jak go zobaczy z bliska, się przyjrzy. Tak, jak się przygląda dziecku, którego się leczyło i które po latach przyszło jako dorosły — i czuje się, że pamięć jest gdzieś w mięśniach, nie w głowie.

Wtedy mężczyzna lekko się zachwiał.

To nie był upadek. Najpierw było potknięcie się o własne nogi, jakby noga zasnęła. Potem opuszczenie rąk. Potem cisza. Krystyna zrozumiała, zanim zrozumiała — jej ręce wiedziały.

— Proszę pana — powiedziała głośno.

Mężczyzna obrócił się o ćwierć obrotu. Twarz miał szarą.

I poszedł w dół.

Krystyna złapała go pod ramiona. Był ciężki, ale nie aż tak ciężki, jakby trzymał się ze wszystkich sił, żeby go nie uderzyło o płytki.

— Pani Krzysiu, dzwonić! — krzyknęła Krystyna. — Sto dwanaście, mężczyzna, lat około czterdziestu, omdlenie, nieprzytomny.

Pani Krzysia stała z szeroko otwartymi ustami, z nożem do sernika w ręku.

— Już, pani Krzysiu, telefon!

Krystyna położyła go na podłodze, na wznak. Klęknęła. Sprawdziła oddech. Oddychał. Sprawdziła puls — był słaby, bardzo słaby, ale był. Skóra zimna i wilgotna. Hipoglikemia, pomyślała natychmiast. Albo wycieńczenie. Albo i to, i to.

— Proszę pana — powiedziała cicho, prawie do ucha. — Słyszy mnie pan?

Mężczyzna drgnął powiekami. Otworzył oczy na sekundę, dwie. Zamknął.

— Proszę pana, słyszy mnie pan? — powtórzyła Krystyna. — Pielęgniarka jestem. Wszystko będzie dobrze. Karetka jedzie.

Pani Krzysia z zaplecza wyszła z butelką wody. Krystyna kazała przynieść cukier — łyżeczkę, dosłownie. Wsypała mu w usta, pod język. Wodę po kropli.

Pierwsza klientka, która weszła w międzyczasie, stanęła w drzwiach i się przeżegnała.

Karetka przyjechała w siedem minut. Krystyna znała ratownika z USK, Krzyśka, młodszego od jej córki o trzy lata.

— Pani Krystyno, co się dzieje?

— Mężczyzna, około czterdziestki — powiedziała Krystyna głosem, który znała, głosem dyżurowym. — Omdlenie przy kasie, oddech zachowany, puls słaby, skóra zimna i wilgotna. Cukier dałam pod język, wodę po kropli. Hipoglikemia podejrzewam, ale on jest też wycieńczony.

— Edzwoniłaś do rodziny?

— Nie wiem, kto to jest.

Krzysiek popatrzył na nią dziwnie. Przez te dwa lata Krystyna myślała, że nie wie, kto to jest, znaczy nic. Teraz to zdanie wisiało jej nad głową jak balon.

Wsiedli go na nosze. Wsiadła z nimi.

— Jadę z wami — powiedziała.

W szpitalu czekało jak zwykle. Krystyna znała korytarze SOR-u od lat — chodziła nimi tam i z powrotem dziesiątki razy, kiedy przewoziła małych pacjentów na konsultacje. Teraz siedziała po drugiej stronie. Na plastikowym krześle. W kurtce z Decathlonu i z reklamówką z drożdżówką, której nie zjadła.

Doktor Kuropatwa wyszedł po dwudziestu minutach. Znała go z nazwiska, nie z twarzy.

— Pani jest z rodziny?

— Nie. Stałam za nim w kolejce. Jestem pielęgniarka, klinika pediatrii. Krystyna Wójcik.

— A — powiedział doktor. — Pani Krystyno. Słyszałem o pani.

Krystyna lekko skrzywiła kąciki ust.

— Co z nim?

— Hipoglikemia, jak pani powiedziała. Plus odwodnienie. Plus ogólne wycieńczenie. Spał sześć godzin na dobę przez parę miesięcy, jak pani by się domyśliła, popatrzywszy. Stelmach Janek, rocznik osiemdziesiąty szósty, pracuje na budowie pod Wrocławiem. Żonę zawiadomiliśmy. Zaraz przyjdzie.

Krystyna powiedziała:

— Stelmach.

— Tak. A co?

Krystyna patrzyła na linoleum. Na buty doktora — adidasy, niewyobrażalnie białe.

— Nic — powiedziała. — Dziękuję, panie doktorze.

Doktor odszedł. Krystyna siedziała.

Stelmach. Janek. Rocznik osiemdziesiąty szósty.

W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym roku miał osiem lat. W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym roku miał cztery.

Krystyna nie zamknęła oczu. Nie była z tych, co zamykają oczy w trudnych chwilach. Patrzyła prosto przed siebie, ale nie widziała korytarza. Widziała oddział oparzeń, stary, jeszcze przy Curie-Skłodowskiej, w bocznym skrzydle szpitala miejskiego, gdzie ściany były pomalowane na kolor, którego dziś nie ma — coś między oliwką a żółcią. Widziała sześcioletnią pierwszą zmianę opatrunków, sześciotygodniowy odcinek czasu wcześnie wiosennego, kiedy ona miała dwadzieścia cztery lata, była drugi rok po szkole pielęgniarskiej i jeszcze nigdy nie miała pacjenta, który przeszedł trzy operacje przeszczepu skóry.

Widziała czteroletniego chłopca z przewiązaną głową i prawym bokiem. Widziała, jak ten chłopiec patrzył na sufit i nie krzyczał, mimo że powinien krzyczeć. Widziała, jak chwytał ją za palec — jeden palec, wskazujący lewej ręki — i nie puszczał, kiedy zmieniała opatrunki, choć opatrunki bolały go bardzo, bardzo bardzo.

— Pani Krystyno — odzywał się — ja tylko trzymam.

Sześć tygodni.

Stelmach Janek. Wybuch butli z gazem na altance działkowej. Ojciec zginął. Matka żyła, ale była w drugim szpitalu, oddział wewnętrzny, też poparzona, choć mniej. Czteroletnie dziecko zostało samo z personelem przez sześć tygodni.

W marcu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku.

Krystyna nie pamiętała, że wstała z krzesła. Pamiętała, że stała przed drzwiami sali, w której on leżał, a pielęgniarka — Boże, młoda, pomyślała mimochodem — zamknęła za sobą drzwi i powiedziała:

— Przytomny już. Można na chwilę. Tylko spokojnie, bo on jeszcze drży.

— Jestem pielęgniarka — powiedziała Krystyna. — Klinika pediatrii.

— Ja wiem, że pani pielęgniarka. Pani na chwilę.

Drzwi się otworzyły.

Janek leżał na łóżku z kroplówką w lewej ręce. Twarz miał już ludzką — różowiał. Patrzył w sufit.

Krystyna stanęła w drzwiach.

— Panie Janku — powiedziała. — Słyszy mnie pan?

Janek przesunął wzrok. Spojrzał na nią. Obojętnie, jak na obcą.

— Słyszę.

— Krystyna Wójcik się nazywam — powiedziała. — Stałam za panem dzisiaj w piekarni. To ja zadzwoniłam po karetkę.

Janek zamrugał.

— Dziękuję — powiedział. — Bardzo. Naprawdę.

Krystyna stała.

Janek leżał.

Pielęgniarka młoda kręciła się gdzieś za nią, sprawdzała tablicę, chciała wyjść. Wyszła.

— Panie Janku — powiedziała Krystyna ostrożnie. — Pan się urodził w osiemdziesiątym szóstym, tak?

— Tak.

— Pan w marcu dziewięćdziesiątego był pacjentem oddziału oparzeń przy Curie-Skłodowskiej?

Janek patrzył na nią inaczej. W jego oczach coś się uruchomiło — stara płyta, pomyślała Krystyna, w którą igła trafiła po dziesięcioleciach i nie wiadomo, czy zagra.

— Tak — powiedział. — Skąd pani wie?

— Pracowałam tam.

Cisza.

Krystyna zrozumiała w tej ciszy więcej niż w pierwszych pięciu sekundach. Janek nie poznał jej. Nie było szans, żeby poznał — był dzieckiem, ona była młodą pielęgniarką w czepku, wszystkie kobiety w czepkach wyglądają z punktu widzenia czterolatka jednakowo. Ale Janek słyszał coś w tym co powiedziała. Krystyna widziała, jak ten ktoś, kim był w środku, nadstawia ucha.

— Pani się nazywa Krystyna — powiedział powoli.

— Tak.

— Krystyna Wójcik?

— Tak.

Janek zamknął oczy. Krystyna pomyślała, że może mu zrobiło się gorzej, że może źle z hipoglikemią, że może powinna zawołać kogoś. Ale Janek otworzył oczy i miał w nich łzy.

— Boże — powiedział. — Boże święty.

Krystyna usiadła na krześle przy łóżku.

Janek mówił powoli. Mówił niedokładnie — bo nie umiał takich rzeczy mówić dokładnie i pewnie nigdy nie umiał. Mówił, że pamięta korytarz. Pamięta zapach — jakieś środki, jakaś maść, coś brzydkiego i zarazem bezpiecznego. Pamięta, że była ciemność za oknem prawie zawsze, nawet w dzień, bo pierwszy tydzień po wybuchu nie wolno było mu ekspozycji na ostre światło. Pamięta, że panie się zmieniały — różne panie, w czepkach, w fartuchach, ale jedna pani się nie zmieniała.

— Ona była z rana i wieczorem — powiedział. — Dwie zmiany. Codziennie. Mówiła „kochanie".

Krystyna kiwnęła głową bez słowa. Kochanie — to mówiła wtedy do każdego dziecka. Może rzeczywiście. Może tak było.

— Pamiętam, że ona miała na imię Krystyna — powiedział Janek. — Bo ona mi powiedziała. „Powiedz, kochanie, moje imię. Powiedz Krystyna, to potem już nie będzie bolało". Ja powiedziałem, że nie umiem. A ona powiedziała: „Powiedz dwa razy. Krys-ty-na". Ja powiedziałem. I rzeczywiście chwilę nie bolało. Może jedną sekundę.

Krystyna zacisnęła zęby. Tak głęboko, że poczuła to w karku.

— Pamiętam — kontynuował Janek — że trzymała mnie za palec. Nie za rękę. Za palec. Jeden palec. Ja trzymałem ten palec. Jak go puściłem, to znaczyło, że już mogę być sam. Wracała następnego dnia, dawała palec. Ja brałem.

Krystyna była pielęgniarką trzydzieści sześć lat. Widziała umieranie i rodzenie i wszystko, co jest pomiędzy. Nie była histeryczna. Nie pozwoliła sobie nigdy popłakać przy pacjencie.

Łza spadła jej na rękę.

— Sześć tygodni — powiedziała.

— Sześć tygodni — powtórzył Janek. — Mama mówiła potem, jak wyzdrowiała, że pani była przy mnie cały czas. Że pani chodziła tam dłużej niż musiała. Mama nie żyje od ośmiu lat. Mówiła to ze sto razy.

Krystyna popatrzyła na ten swój palec wskazujący lewej ręki. Stary już palec. Z bliznami od kuchennego noża, z pierścionkiem, którego dawno nie zdjęła, choć powinna.

— Panie Janku — powiedziała. — Pan o mnie pamiętał.

— Pamiętałem — powiedział. — Cały czas. Szukałem panią.

— Szukał?

— Piętnaście lat. Od kiedy miałem zostać ojcem pierwszy raz. Wtedy mi tak walnęło w głowę, że muszę. Że muszę pani podziękować. Bo jakby pani wtedy nie była, to ja bym nie był dzisiaj.

*Bo tak miała na imię ta pani z fartuchem, która mnie nie puszczała.*

— Moja starsza ma na imię Krystyna — powiedział. — Anna jej dała na imię, jak jej opowiedziałem. Nie chciałem. Ale ona uparła. Powiedziała: jak mała będzie miała na imię Krystyna, to ją w końcu znajdziesz.

Krystyna nie wytarła łzy. Druga jej spadła na rękę obok pierwszej.

— Jak się okazuje — powiedział Janek — że Anna miała rację.

Anna przyszła pół godziny później. Była mniejsza, niż Krystyna sobie wyobraziła kogokolwiek dla tego mężczyzny — drobna, z włosami związanymi w niski koński ogon, w kurtce z Reserved, w butach, które niosły ślad błota z budowy. Zerknęła na Krystynę i Krystyna od razu zrozumiała, że ta kobieta wszystko już wiedziała na pierwszy rzut oka.

— Pani Krystyna? — spytała Anna. Cicho, tak jak się pyta kogoś, kogo się długo czekało.

— Tak.

Anna zaczęła płakać. Bez żadnych ozdób.

— Boże — powiedziała. — Boże święty.

Janek patrzył na sufit i też płakał.

Krystyna stała, wzięła Annę za rękę. Powiedziała:

— Pani Anno. Pan Janku. Ja muszę iść na korytarz. Spokojnie. Ja tu jeszcze nie raz wrócę, jeśli pani pozwoli.

Anna kiwnęła. Krystyna wyszła.

Na korytarzu usiadła. Patrzyła na ścianę. Pomyślała, że szpital pomalowany jest dziś kolorem, którego trzydzieści sześć lat temu nikt by nie wybrał — białym z odcieniem zielonego, sterylnie nudnym. Kolor, który nic nie pamięta.

Pomyślała, że ona pamięta wszystko.

Wróciła do mieszkania o dwudziestej drugiej.

Drożdżówka była w reklamówce. Wyciągnęła ją i położyła na talerzyku. Nie zjadła.

Zadzwoniła do Magdy. Telefon dzwonił, dzwonił. Magda nie odebrała. Krystyna nie nagrała wiadomości. Magda była w Hamburgu, była dwie godziny wcześniej niż w Polsce — w Hamburgu była dwudziesta. Ale Magda widocznie była już w łóżku, albo z mężem, albo gdzieś, gdzie nie odbiera matki.

Krystyna położyła telefon na blacie.

Stanęła przy oknie.

Sąsiad z piątego, pan Kwasiborski, wyprowadzał psa — zawsze o tej porze, dwadzieścia po dwudziestej drugiej. Pies nazywał się Bolek i miał dziesięć lat. Krystyna patrzyła na nich z trzeciego piętra, jak schodzą po schodach, jak idą w stronę śmietników. Bolek, jak zwykle, zatrzymał się przy trzech latarniach i przy płocie szkoły podstawowej.

Przez dwa lata stała za nim w kolejce. Przez dwa lata myślała: ja go znam.

Nie umiała zasnąć.

Włączyła telewizor. Wyłączyła. Włączyła czajnik. Nalała herbaty. Nie wypiła.

O drugiej w nocy zajrzała do telefonu. Magda nie oddzwoniła. Też dobrze, pomyślała. Nie mam tej historii w sobie ułożonej, żebym ją mogła komuś opowiedzieć.

Zasnęła w fotelu. Obudziła się o piątej. Na blacie leżała drożdżówka. Krystyna ją zjadła stojąc, pijąc kawę na zimno z poprzedniej herbaty.

W czwartek pracowała normalnie.

O siódmej trzydzieści była już w klinice. Pani doktor Stępniak zauważyła, że Krystyna jest dziś bledsza niż zwykle, ale Krystyna powiedziała, że spała źle, że to przeziębienie idzie, i pani doktor nie pytała dalej.

Cały dyżur Krystyna trzymała się rąk pacjentów inaczej. Inaczej. Nie umiała tego nazwać. Czterolatkowi z zapaleniem oskrzeli zostawiła palec dłużej, niż było trzeba. Siedmioletni Maciek, który nie chciał kropelki, dostał od niej drożdżówkę z bufetu na dole — Krystyna sama zeszła i kupiła, choć nie było jej tu, żeby kupować dzieciom drożdżówki.

Wróciła o szesnastej.

W mieszkaniu nie zapaliła od razu światła. Zdjęła kurtkę. Postawiła reklamówkę. Stała chwilę w przedpokoju, jakby nasłuchiwała, czy coś będzie w niej tłumione.

Potem wyciągnęła z dolnej półki szafy w przedpokoju karton. Karton był obszyty taśmą klejącą sześć razy w przeszłości i nigdy się go nie przeklejało nowej. Krystyna zdjęła wieko.

W środku były zdjęcia. Stary album w skórzanej oprawie. Tomik wierszy Szymborskiej, który Krystyna kupiła sobie po pierwszej wypłacie i którego nie czytała od lat. Tabela dyżurów z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego — pożółkła, wpisana ołówkiem, z kreślikami pani Dunin, starszej pielęgniarki, która umarła w dwa tysiące siódmym. Plakietka z imieniem: K. Wójcik, pielęgniarka, oddz. oparzeń. Plakietki nie wolno było wynosić, ale Krystyna wyniosła i nikomu nie powiedziała.

I była tam mała książeczka. W niebieskim sztywnym kartoniku, formatu kieszonkowego, z gumeczką ściskającą okładki. Na grzbiecie Krystyna własną ręką wpisała:

Marzec — kwiecień 1990

Krystyna wzięła książeczkę do kuchni. Włączyła małą lampę nad blatem. Usiadła.

W książeczce miała wszystko, co prowadziła sama, dla siebie. Nie historie chorób, bo te miała pani Dunin. Notatki dla pamięci. Co kto powiedział. Co kto zjadł. Czy płakał w nocy. Notatki, których nikt z personelu nie widział, bo Krystyna ich nigdy nie pokazywała.

Otworzyła na marcu.

12.03.1990. Stelmach Janek, lat 4. Przyjęty wczoraj wieczorem, 23.40. Oparzenia I i II stopnia, twarz, prawy bok, prawa rączka, do barku. Ojciec — zgon na miejscu. Matka — Stelmach Wanda — oddział wewnętrzny, miejski, stan ciężki. Krewnych nie zgłoszono.

Następna kartka. Notatka z kropkami, jakby Krystyna wtedy pisała na stojąco.

13.03. Pierwszy opatrunek pełny. Krzyczał. Trzymałam rączkę. Powiedział „nie". Potem zasnął.

14.03. Mama pyta przez telefon, czy syn ją woła. Powiedziałam, że tak. (Nie wołał. Nie mówił w ogóle.)

16.03. Powiedział pierwsze całe zdanie do mnie. „Pani, mama nie umarła?" Powiedziałam, że nie. Powiedział „dziękuję". Potem nic do końca dyżuru.

22.03. Pierwszy raz uśmiechnął się. Bo Lala (pluszowa, którą Iza z bufetu mu kupiła) miała plaster na nosie. „Lala też się leczy".

28.03. Zmiana opatrunku. Trzymałam jego palec, jeden, wskazujący lewej ręki. Powiedział: „pani, pani palec ma ciepło".

04.04. Przeszczep skóry, lewy bok. Po wybudzeniu nie chciał mleka. Chciał, żebym usiadła. Usiadłam. Zasnął.

11.04. Mama Wanda wstała pierwszy raz, przyniosły ją do nas na wózku. Janek nie patrzył na nią pierwsze dziesięć minut. Potem wziął ją za rękę i nic nie powiedział.

18.04. Wypis warunkowy. Wanda nie ma jeszcze siły go pielęgnować. Pojechał do siostry Wandy w Trzebnicy, ona przyjechała po niego z mężem.

19.04. Sala 4 pusta. Sprzątaczki przyszły o piątej rano. Nikt mnie nie zawołał, że już idą. Stałam w drzwiach kwadrans. Pani Dunin powiedziała: „Krysiu, wracaj do siebie".

Krystyna zamknęła książeczkę. Trzymała ją w dwóch dłoniach, jakby mogła zgnieść.

*Pani, pani palec ma ciepło.*

W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym roku miała dwadzieścia cztery lata i była dwa lata mężatką. Z Andrzejem. Andrzej w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym roku też miał dwadzieścia cztery, pracował w Hutmenie i właśnie dostali mieszkanie spółdzielcze na Krzykach. Mieli wtedy próbować z dzieckiem. Próbowali.

Magda urodziła się dopiero w dziewięćdziesiątym czwartym. Cztery lata później. Lekarze powiedzieli wtedy, że Krystyna ma rzadko owulację, że jest do leczenia, że nie warto się denerwować. Krystyna nie powiedziała o tym nawet matce.

Przez te sześć tygodni marca i kwietnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku Krystyna brała każdą zmianę, jaką dali. Zostawała po. Przychodziła przed. Andrzej w domu nie pytał. Andrzej w domu rozumiał wszystko. Albo nie rozumiał i się nie pytał, co wychodziło na to samo.

Krystyna nigdy nie powiedziała Andrzejowi, że w marcu dziewięćdziesiątego roku miała syna na sześć tygodni. Po prostu nie umiała tego nazwać. Bo to nie był syn. Ale to też nie był nie-syn.

Otworzyła książeczkę jeszcze raz. Na ostatniej zapełnionej stronie, pod 19.04, była mała przypiska, dopisana innym piórem, kilka dni później:

*Mama Wanda obiecała, że napisze. Adres dałam. Czekam.*

Wanda nie napisała. Krystyna sprawdzała pocztę przez pół roku. Potem przestała sprawdzać. Potem już wiedziała, dlaczego.

W piątek po pracy zadzwoniła Anna.

— Pani Krystyno, jutro o trzynastej, Powstańców Śląskich czterdzieści, mieszkanie czterdzieści dwa. Pierogi z grzybami. Bardzo prosimy.

— Przyjdę.

Anna chwilę milczała. Krystyna czuła, że ma jeszcze coś do powiedzenia.

— Pani Krystyno... — zaczęła Anna. — Pan Janek pisał o pani list. Trzy lata temu. Do redakcji Gazety Wrocławskiej. Czy przypadkiem nie wiedzą, gdzie szukać pielęgniarki, która w marcu dziewięćdziesiątego roku pracowała na oddziale oparzeń przy Curie-Skłodowskiej. List wrócił. Z notatką, że nie wolno udostępniać danych byłych pracowników.

Krystyna zacisnęła telefon w dłoni.

— Powiedziałam mu, że to nie skończy się dobrze — powiedziała Anna. — Powiedziałam, że tę panią on znajdzie, jak ją Bóg postawi obok niego w sklepie. On powiedział, że ja oszalałam. Ja powiedziałam, że to on nie wie, jak Bóg działa.

Krystyna nie powiedziała nic.

— Do jutra, pani Krystyno.

— Do jutra.

Krystyna odłożyła słuchawkę. Spojrzała na niebieską książeczkę na blacie. Potem wsunęła ją z powrotem do kartonu, ale nie do tej samej szafy. Postawiła karton na blacie, obok cukiernicy. Tak, żeby był pod ręką.

W sobotę pojechała na Krzyki.

Janka wypisali w piątek. Anna zadzwoniła w piątek wieczór, podała adres. Mieszkali w bloku przy ulicy Powstańców Śląskich, czwarte piętro, mieszkanie czterdzieści dwa. Krystyna wcześniej kupiła sernik U Dziubaków. Powiedziała pani Krzysi, że to dla pana Janka. Pani Krzysia nic nie powiedziała, nie zapytała. Tylko poszła na zaplecze i przyniosła sernik świeżutki, popołudniowy, którego normalnie nie wystawiała na ladę o tej porze.

— Niech pan Janek się do nas wraca, jak zechce — powiedziała pani Krzysia.

— Powiem.

Krystyna pojechała tramwajem dwadzieścia minut. Z reklamówką, w tej samej kurtce z Decathlonu, w bluzce, którą włożyła z myślą, że jest skromna, a nie świąteczna. Włosy upięła. Zmieniła pierścionek na drugi, bo ten zwykły miała we krwi z kotleta, którego smażyła na obiad we czwartek.

Drzwi otworzyła Anna. W spódnicy. Z młodszą córką trzymającą się za nogę.

— Mamo — powiedziała mała. — Jakaś pani.

— Wiem, kotku.

Krystyna weszła. Mieszkanie nie było duże — jakby trzy pokoje, kuchnia, w której czuło się, że ktoś tam właśnie gotował coś z kapustą i kminkiem. Pachniało pierogami.

— Pierogi robiłam — powiedziała Anna — z tymi grzybami z lasu. Zatrzyma się pani na obiad?

— Zatrzymam.

W salonie siedział Janek. Widać było, że jeszcze blady, ale już prawie ten sam. Wstał. Krystyna powiedziała:

— Niech pan siedzi.

Siedział.

W drzwiach pokoju stała czternastoletnia dziewczynka. W bluzce z napisem po angielsku, którego Krystyna nie zrozumiała. Włosy miała ciemne, długie, twarz wąską. Patrzyła na Krystynę — nie wprost, a bokiem, jakby z głębi.

— Krystyno — powiedział Janek. — To pani Krystyna. Ta Krystyna.

Mała Krystyna nie powiedziała nic. Nie poruszyła się. Patrzyła.

— Cześć, Krysiu — powiedziała Krystyna.

— Cześć — powiedziała mała.

Anna włożyła sernik do lodówki. Przy okazji powiedziała siedmioletniej Hani, że nie wolno gadać przy stole o kosmonautach. Pani Krystyna nie chce słuchać o kosmonautach.

— Ja chcę — powiedziała Krystyna. — Słucham o kosmonautach.

Hania zaczęła mówić o kosmonautach. Krystyna kiwała głową.

Czternastoletnia Krystyna patrzyła.

W kuchni, kiedy Anna nakrywała na cztery, a potem na pięć, Krystyna stanęła obok niej z talerzami.

— Jak się pani od Janka pierwszy raz dowiedziała? — spytała cicho.

Anna nie podniosła wzroku.

— Drugie randki — powiedziała. — Drugi raz w życiu się widzieliśmy. Powiedział, że jeśli się ze mną zwiążę, to muszę wiedzieć, że jego pierwsza dziewczyna była pielęgniarka, której on nie znał, bo miała na nazwisko Wójcik, i że on ją kiedyś znajdzie. Powiedziałam, że dobrze. Bo zrozumiałam, że to nie jest dziewczyna.

— A co to było?

— Pierwsza osoba, która powiedziała mu, że nie umrze — powiedziała Anna. — Jak ma się cztery lata i się leży na łóżku, i ojca już nie ma, i mamy nie ma, i ktoś ci mówi, że nie umrzesz, to to się robi twoja pierwsza osoba. Nieważne, jak nazywa. Janek nazywa pielęgniarką Krystyną.

Krystyna położyła ostatni talerz.

— Anno — powiedziała. — Ja nie wiem, czy ja zasługuję.

Anna popatrzyła na nią pierwszy raz.

— Pani Krystyno — powiedziała. — Zasłużyła pani trzydzieści sześć lat temu, jak pani brała każdą zmianę. Tu już nie ma nic do zasługiwania. Tu się tylko siada do stołu.

Obiad zaproponowali w barze.

Anna powiedziała:

— Pierogi mam, ale jest sobota i my w soboty z dziewczynkami chodzimy do baru. Tradycja. Zapraszamy.

— Bar przy Hali Targowej? — spytała Krystyna.

— Pani zna?

— Znam.

Pojechali tramwajem. Cała piątka. Janek z kroplówką w nieobecnej już ręce, ale z osłabieniem jeszcze widocznym w sposobie, w jaki trzymał się poręczy. Anna z Hanią na rękach. Krystyna obok czternastoletniej Krystyny, która szła z plecakiem, jakby plecak chronił ją przed tą sytuacją.

— Plecak? — spytała Krystyna w tramwaju.

— Bo zawsze noszę.

— Co tam masz?

— Książki. Teraz Małego Księcia po francusku. Uczę się.

— Po francusku?

— Bo babcia, prababcia, była z Francji. Tak Dziadek mówił. Ale ja nie wiem, czy to prawda.

Krystyna pomyślała, że nigdy w trzydziestu sześciu latach nie spotkała czternastolatka, który by uczył się sam Małego Księcia po francusku, dlatego że prababcia może była z Francji.

— A jak ci idzie? — spytała.

— Średnio.

— Mów coś po francusku.

Mała zacisnęła usta. Zerknęła na ojca. Janek się uśmiechnął, ale powiedział:

— Krystyna nie lubi.

On ne voit bien qu'avec le cœur — powiedziała mała szybko, jakby oddała pocisk. — L'essentiel est invisible pour les yeux.

— A co to znaczy? — spytała Krystyna.

— Że dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

— A — powiedziała Krystyna.

Nie powiedziała nic więcej. Mała też nie.

W barze byli stali bywalcy. Anna znała kelnerkę, kelnerka znała Annę. Jedli rosół z makaronem, kotlet schabowy, ziemniaki, mizerię. Hania zjadła pół kotleta. Janek zjadł wszystko, mimo że Anna mówiła, że to za dużo na drugi dzień po szpitalu.

Czternastoletnia Krystyna jadła powoli. Nie spuszczała wzroku z drugiej Krystyny. Ta druga czuła ten wzrok jak światło — łagodne, ale niewygodne.

Pod koniec obiadu mała powiedziała:

— Pani Krystyno?

— Tak, kotku.

— Tata mówi, że pani uratowała go.

— Tata przesadza.

— Tata mówi, że pani trzymała jego palec.

— To prawda.

— Dlaczego pani trzymała?

Krystyna pomyślała przez chwilę.

— Bo on mnie poprosił — powiedziała.

— Czteroletni cię prosił, żebyś trzymała?

— Nie wprost. Zaczął trzymać sam. To znaczy, że potrzebuje. Wtedy ja trzymałam.

— A inne dzieci na oddziale też trzymały?

— Niektóre.

— A te, co nie trzymały?

— Nie wszystkim było potrzeba.

Mała pomyślała przez chwilę.

— A jak miały na imię, te co trzymały?

— Nie pamiętam wszystkich.

— Mojego taty pani pamiętała?

— Nie pamiętałam — powiedziała Krystyna. — Aż usłyszałam jego nazwisko w karetce.

Mała kiwnęła głową, jakby ten typ pamięci jej znany.

— Mam na imię tak jak pani — powiedziała.

— Wiem.

— I nie mam koleżanki o tym imieniu. W ogóle nie ma już w naszej szkole drugiej Krystyny. Tylko ja.

— W mojej szkole też była tylko jedna — powiedziała Krystyna. — Ja.

Mała się uśmiechnęła. Pierwszy raz w życiu uśmiechnęła się do drugiej Krystyny. Krystyna ten uśmiech zachowała w głowie tak, jak się zachowuje rzeczy, które wiadomo, że się jeszcze przypomną.

— Pani Krystyno — powiedziała mała jeszcze ciszej. — A jakby pani jutro umarła, to ja byłabym jedyną Krystyną na świecie, którą tata zna.

Krystyna odłożyła łyżkę.

— Krysiu — powiedziała. — Nie umrę jutro.

— Skąd pani wie?

— Bo mam coś jeszcze do zrobienia.

— Co?

— Trzymać palce — powiedziała Krystyna. — Niektórzy jeszcze potrzebują.

Mała pokiwała głową. Wzięła łyżkę. Zaczęła jeść.

Wracali tramwajem o szóstej.

Na Sępolnie Krystyna wysiadła sama. Janek z rodziną pojechali dalej. Anna przy drzwiach powiedziała:

— Pani Krystyno. Niech pani przychodzi. W każdą sobotę. Albo, jak pani woli, w każdą niedzielę. Albo i jedno i drugie.

— Przyjdę.

Anna ją przytuliła. Anna nie przytulała ludzi po raz pierwszy z entuzjazmem — Krystyna to czuła. Anna przytuliła ją tak, jakby to było pewne i już ustalone.

Mała Krystyna spojrzała na drugą Krystynę z drugiego końca tramwaju i powiedziała bezgłośnie, samymi ustami:

— Pa, pani.

W mieszkaniu na Sępolnie było ciemno. Krystyna nie zapaliła od razu światła.

Stała w przedpokoju z reklamówką, w której nie było nic poza paragonem ze sklepu. Wcześniej, przed barem, kupiła sobie pomidory.

Powiesiła kurtkę. Weszła do kuchni. Zapaliła małą lampę nad kuchenką.

Karton stał na blacie, tam gdzie wczoraj go postawiła. Niebieska książeczka leżała w środku. Krystyna jej nie wzięła. Już nie musiała wracać do marca dziewięćdziesiątego.

Wzięła telefon.

Na ekranie nie było nieodebranych. Magda nie szukała.

Wybrała jej numer.

Magda odebrała po czterech sygnałach.

— Mamo? Wszystko dobrze? Środa była, miałyśmy w piątek.

— Wiem.

— To czemu?

Krystyna usiadła przy kuchennym stole. Patrzyła na okno. W oknie odbijała się jej twarz — sześćdziesięcioletnia, trochę zmęczona, w bluzce, którą włożyła z myślą, że jest skromna, a nie świąteczna.

— Magda — powiedziała. — Coś się dziś stało.

— Co?

— Spotkałam człowieka, którego trzymałam za rękę w marcu dziewięćdziesiątego roku.

— Co?

Krystyna powiedziała. Dwadzieścia minut. Magda słuchała. Czasem coś dopytała, czasem nie. Krystyna mówiła bez pośpiechu. Pierogi, Mały Książę, sernik, palce, czteroletnie dziecko, czternastoletnia Krystyna, sześć tygodni, marzec dziewięćdziesiątego roku.

Powiedziała też o niebieskiej książeczce. Powiedziała o tym, że w czterdziestym ósmym roku swojego życia ma syna, który nie jest synem, ale którego znała przez sześć tygodni, kiedy ona sama jeszcze nie była matką. Magda słuchała.

Pod koniec Magda milczała.

— Mamo — powiedziała w końcu. — Ja przyjadę na święta.

— Dobrze.

— Z mężem.

— Dobrze.

— I, mamo, poznaj mnie z nimi. Na drugi dzień świąt.

— Dobrze.

Magda jeszcze coś powiedziała, ale Krystyna nie słuchała dokładnie. Słyszała głos córki, który był głosem dorosłej kobiety teraz, inaczej niż wczoraj. Słyszała, że ten głos mówi: dobrze, mamo, kocham cię, mamo, ja się tobą martwiłam, mamo, ale myślałam, że to ja jestem ta, co się powinna martwić.

— Magdusiu — powiedziała Krystyna na koniec — śpij.

— Ty też śpij, mamo.

Krystyna odłożyła telefon na blat.

Wstała.

W lodówce miała pomidor i kawałek białego sera. Wyciągnęła. Pokroiła. Posypała solą — nie miała szczypiorku, ale to nie szkodziło. Usiadła. Zjadła powoli, dwadzieścia minut, oddech po oddechu.

Po jedzeniu umyła nóż, deskę, talerzyk. Wytarła blat ścierką, którą Anna jej dziś, mimochodem, w międzyczasie wsunęła do reklamówki — „Bo widziałam, że ma pani brzydką, niech pani weźmie tę nową, ja zawsze biorę dwie z Pepco, nie zauważy mąż".

Krystyna spojrzała na nową ścierkę.

Potem na zegarek.

Dwudziesta druga piętnaście. Środa byłaby dziś, ale była sobota. To nie szkodziło. Środa wróci. U Dziubaków wróci. Drożdżówka z makiem wróci.

A za tydzień, kiedy wróci, w kolejce nie będzie stała sama.

Krystyna wyłączyła światło w kuchni. Poszła do pokoju. Otworzyła okno na sekundę, na chłód. Listopadowy wieczór był jeszcze ciemny, ale powietrze pachniało już inaczej — nie jesienią, jeszcze nie zimą. Czymś trzecim, czego Krystyna nie umiała nazwać.

Zamknęła okno. Położyła się.

Zasnęła od razu.

A wy? Czy w waszym życiu jest człowiek, którego dziś już nie pamiętacie — a który nazwał waszym imieniem własną córkę?

Wróć do wszystkich historii