— Beata. To ja, Wanda.
Odebrała po czwartym sygnale, cichym, zmęczonym głosem. W tle słychać było szpitalny gwar, wózek na kółkach, czyjeś kroki.
— Pani Wando, coś z dziećmi?
— Z dziećmi wszystko dobrze. — Zacisnęłam dłoń na słuchawce. — Zosia zjadła dziś dwa talerze naleśników, a Kuba nauczył mojego kota chodzić na smyczy z paska od szlafroka. Dzwonię... dzwonię w innej sprawie.
Cisza.
Przez trzy dni układałam sobie w głowie sześć wersji tej rozmowy. W jednej byłam chłodna i rzeczowa. W drugiej płakałam. W trzeciej wyrzucałam jej cztery lata. Żadnej z nich w końcu nie użyłam.
— Beata, jak twoja mama?
Usłyszałam, jak wciąga powietrze, jakby jej się to pytanie nie mieściło w głowie.
— Stabilna. Lekarze mówią, że będzie dobrze. Tylko... — głos jej się załamał — tylko ja tu jestem sama, pani Wando. Michał w Niemczech, a ja siedzę na tym korytarzu i nie wiem, czy bardziej się boję o mamę, czy o to, że znowu wszystkich obciążam.
I wtedy powiedziałam to, po co dzwoniłam. Jedno zdanie. To samo, które przez cztery lata nosiłam skręcone w sobie jak niepodpisany dokument — tyle że myślałam, że jest adresowane w drugą stronę.
— Beata, wybacz mi. Przez cztery lata byłam pewna, że to ty mnie odsuwasz. A ty przez cały ten czas tonęłaś, a ja nawet nie zapytałam.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Długa. Potem usłyszałam coś, czego nie słyszałam nigdy — Beatę, która płacze. Nie z żalu. Z ulgi.
— Ja myślałam, że pani mnie nie znosi — wyszeptała. — Że pani mnie ocenia. Że jak zobaczy pani, jaka jestem słaba, to powie Michałowi, żeby... — urwała. — Bałam się pani, pani Wando. Bardziej niż wszystkiego.
— Mnie? — Roześmiałam się przez łzy. — Beata, ja się bałam ciebie. Dwie przestraszone baby przez cztery lata budowały mur i każda myślała, że ta druga go stawia.
— Kobieta z kobietą — powiedziała cicho.
Te słowa. Te same, którymi cztery lata temu zamknęła przede mną drzwi. Tyle że teraz zabrzmiały inaczej. Nie jako „trzymaj się z daleka". Jako „może w końcu porozmawiajmy".
— Kobieta z kobietą — powtórzyłam. — Ale tym razem naprawdę.
—
Beata wróciła po dziesięciu dniach, nie po tygodniu.
Zjawiła się wieczorem, prosto z pociągu, z walizką i cieniami pod oczami, i zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Kuba rzucił się jej na szyję, a Zosia krzyknęła z pokoju, że „babcia robi naleśniki lepsze niż w restauracji, ale mamie nie powie przepisu".
Stałyśmy z Beatą w drzwiach kuchni i patrzyłyśmy na to.
— Zostaniesz na kolację? — spytałam. — Zrobiłam rosół. Za dużo, jak zawsze. Trzydzieści osiem lat gotowania dla biura zostawia takie odruchy.
— Zostanę. — Beata weszła do środka i zatrzymała się przy lodówce. Patrzyła na mój kalendarz z krzyżykami, na te wszystkie czerwone znaki. Zrozumiała. Widziałam, że zrozumiała.
Nie powiedziała nic. Tylko delikatnie zdjęła z lodówki drugą kartkę — tę swoją, instrukcję z gimnastyką, której nie ma, i lekarzem na emeryturze. Zmięła ją w dłoni.
— Nie potrzebuje pani instrukcji do moich dzieci — powiedziała. — Nigdy pani nie potrzebowała.
—
Tydzień później, w niedzielę, przyjechali wszyscy.
Michał wrócił z Niemiec. Beata przywiozła dzieci i szarlotkę, którą sama upiekła, i która, przyznaję uczciwie, była lepsza od mojej. Siedzieliśmy przy stole do wieczora, przy tej ceracie w kratkę, i Kuba rozlał kompot, i nikt się nie zdenerwował, i Zosia opowiadała o szkole, która zaczyna się za trzy tygodnie.
A kiedy wyszli, kiedy w mieszkaniu zrobiło się cicho, podeszłam do lodówki.
Zdjęłam z niej mój kalendarz. Ten z krzyżykami. Sto siedemdziesiąt czerwonych krzyżyków, cztery lata liczonej krzywdy, która okazała się nie moja i nie jej — tylko strachu, który rósł między nami, bo żadna nie miała odwagi zapytać.
Włożyłam go do szuflady, głęboko, pod obrusy. Nie wyrzuciłam. Chciałam pamiętać, jak łatwo policzyć coś źle.
A na jego miejscu, na lodówce, zawiesiłam kartkę, którą Zosia narysowała mi rano na pożegnanie. Cztery postaci trzymające się za ręce, dwie duże i dwie małe, a nad nimi koślawym drukiem: BABCIA WANDA I MY.
Wzięłam czerwony długopis. Ten sam, którym zaznaczałam krzyżyki.
I pod rysunkiem, na tej samej lodówce, dopisałam jedno słowo: niedziela.
Bo od tej niedzieli już nie musiałam jej liczyć.
Stałam jeszcze chwilę w kuchni, w której cztery lata temu usłyszałam „kobieta z kobietą", i patrzyłam na rysunek czterech postaci trzymających się za ręce.
Potem zgasiłam światło i poszłam spać.
