Trzeciego dnia Zosia zjadła cały talerz naleśników i po raz pierwszy się do mnie uśmiechnęła.
Siedziałyśmy w kuchni, słońce wchodziło przez okno na cerату w kratkę, tę samą, którą kupiłam w Społem jeszcze za Andrzeja. Kuba budował na podłodze wieżę z klocków, które znalazłam w pudle po Michale, i mruczał coś do siebie. Było zwyczajnie. Za zwyczajnie, jak na to, co czułam w środku.
Bo od trzech dni nie mogłam przestać myśleć o tamtej kartce.
Gimnastyka, której nie ma. Uczulenie Kuby, o którym Zosia mówiła, że „już mu przeszło". Numer do lekarza, pod który zadzwoniłam z ciekawości i usłyszałam, że doktor Kowalczyk przeszedł na emeryturę dwa lata temu.
Beata dała mi instrukcję do dzieci, których jakby nie znała.
— Babciu — Zosia odłożyła widelec. — A ty się na mamę gniewasz?
Zamarłam z czajnikiem w ręku.
— Skąd ci to przyszło do głowy, kotku?
— No bo mama mówi, że babcia się na nią gniewa. Że babcia myśli, że mama jest zła.
Postawiłam czajnik na kuchence, bardzo powoli, żeby nie zauważyła, że drży mi ręka.
— A mama... często o babci mówi?
Zosia wzruszyła ramionami tak, jak potrafią tylko siedmiolatki — całym ciałem.
— No pewnie. Że babcia jest mądra i że robi najlepsze naleśniki na świecie. I że jak będę duża, to mam do babci przyjeżdżać sama, pociągiem, jak mama nie będzie mogła.
Coś mi się ścisnęło w gardle.
— Zosiu — powiedziałam ostrożnie, jakbym stąpała po lodzie. — A dlaczego wy tak rzadko u mnie bywacie, jak myślisz?
I wtedy dziecko powiedziało zdanie, które wywróciło mi w głowie cztery lata do góry nogami.
— Bo mama mówi, że babcia nie chce. Że babcia jest zmęczona i że my za głośno się bawimy, i że babcia sama powiedziała, że lepiej, jak nie przyjeżdżamy za często. — Zosia sięgnęła po ostatni naleśnik. — Kuba, nie bierz tego z podłogi, fu.
Usiadłam.
Musiałam usiąść, bo pociemniało mi przed oczami.
Że babcia sama powiedziała.
Ja nigdy tego nie powiedziałam. Nigdy. To ona, Beata, cztery lata temu, w tej kuchni: „kobieta z kobietą, tak będzie prościej". To ona mnie odsunęła. To ja byłam ofiarą.
A teraz dziecko mówi, że to ja nie chciałam.
—
Wieczorem, kiedy dzieci już spały, zadzwoniłam do Michała.
Odebrał z Niemiec, z jakiegoś hotelowego korytarza, słychać było echo.
— Wszystko dobrze, mamo? Dzieci grzeczne?
— Grzeczne. — Zawahałam się. — Michał, muszę cię o coś zapytać. I chcę, żebyś powiedział prawdę.
Cisza po drugiej stronie. Ta cisza dłuższa o pół sekundy, niż powinna być.
— Czy Beata mówiła dzieciom, że ja nie chcę was widywać?
— Mamo...
— Michał.
— To skomplikowane.
— Nie jest skomplikowane. — Głos mi twardniał, ten sam, którym kiedyś mówiłam podwładnym, że bilans się nie zgadza. — Powiedz mi, co ona dzieciom mówiła.
Usłyszałam, jak wypuszcza powietrze.
— Mama chciała was chronić. Oboje. Ciebie i dzieci.
— Chronić? Przed czym?
— Beata... — Michał zniżył głos. — Beata ma bardzo ciężko, mamo. Od urodzenia Kuby. Były takie okresy, że nie wstawała z łóżka. Że bała się wyjść z domu. Lekarze mówili, że to depresja poporodowa, potem że coś więcej. Bała się, że jak dzieci będą widzieć ją słabą przy tobie, to ty... że ty osądzisz. Że powiesz, że ona jest złą matką. Więc wolała trzymać wszystkich na dystans. Wszystkich, mamo, nie tylko ciebie. Swoją mamę też odsunęła. Na dwa lata.
Siedziałam z telefonem przy uchu i czułam, jak grunt osuwa mi się spod nóg.
— A dlaczego mi nie powiedziałeś? — wyszeptałam.
— Bo obiecałem jej. I bo... — Michał urwał. — I bo wiedziałem, że będziesz liczyła. Że policzysz każdą niedzielę i uznasz, że to o ciebie. Zawsze wszystko liczysz, mamo.
To mnie zabolało bardziej niż cała reszta.
Bo to była prawda.
—
Nie spałam tej nocy.
Wyjęłam z lodówki mój kalendarz z krzyżykami. Sto siedemdziesiąt czerwonych krzyżyków, sto siedemdziesiąt niedziel, o których byłam pewna, że są przeciwko mnie. Że synowa mnie wykreśla z życia wnuków celowo, złośliwie, „kobieta z kobietą".
A to nie była złośliwość.
To był strach kobiety, która ledwie trzymała się na nogach, i która wolała, żeby jej dzieci nie widziały matki płaczącej — nawet za cenę tego, że babcia poczuje się odrzucona.
Przez cztery lata nienawidziłam kogoś, kto tonął, i myślałam, że mnie odpycha, kiedy ona po prostu nie miała siły podać mi ręki.
Wzięłam czerwony długopis. Ten sam.
I po raz pierwszy od czterech lat nie wiedziałam, co z nim zrobić.
—
Rano przyszła wiadomość od Beaty. Krótka, zdawkowa, jak zawsze: „Jak dzieci? Mama stabilna, zostaję dłużej. Może pani wytrzyma jeszcze tydzień?"
Moja pani wytrzyma.
Patrzyłam na te słowa i po raz pierwszy widziałam za nimi nie chłód, tylko kobietę, która pisze z korytarza szpitalnego, przy łóżku własnej matki, i boi się prosić o więcej.
Wpisałam odpowiedź. Skasowałam. Wpisałam znowu.
A potem odłożyłam telefon, bo w drzwiach kuchni stanęła zaspana Zosia i powiedziała coś, po czym zrozumiałam, że muszę zadzwonić do Beaty. Nie napisać. Zadzwonić. Dziś.
—
Nie spodziewała się, że to ja pierwsza sięgnę po słuchawkę.
Bo są długi, które przez cztery lata jesteś pewna, że ktoś ma wobec ciebie — aż pewnego ranka odkrywasz, że to ty przez cały ten czas byłaś winna komuś jedno zdanie.
*[Część 3 — finał →](wnuki-na-kartce-z-lodowki-czesc-3)*
